Pisząc tego maila korci mnie, by zacząć od: ta wiadomość jest pisana dla pieniędzy! Mówiąc wprost: od 10 maja do 7 czerwca prowadzę (z Olegiem) szkolenie dla handlowców. Przez 4 tygodnie towarzyszymy kursantowi dzień w dzień, a on dzięki temu zarabia więcej pieniędzy. Proszę Cię, daj znać tym, których masz obok co żyją z Słowa "ta piosenka jest pisana dla pieniędzy" przyjmowano wprost - że ja tu przedstawiam jakiś haniebny proceder, któremu się właśnie oddaję. Ma Pan wiele propozycji, tylko nieliczne wybiera. Wielki przekręt. 419. Wielki przekręt. Will Ferguson Wydawnictwo: Muza kryminał, sensacja, thriller. 464 str. 7 godz. 44 min. Szczegóły. Kup książkę. Powieść wyróżniona w 2012 roku Giller Prize (najważniejsza i najbardziej prestiżowa nagroda literacka w Kanadzie) "Szanowny Panie, jestem córką nigeryjskiego dyplomaty i liczę na Związane z: Życzenia urodzinowe dla Twojego syna. piętnaście. New Kids On The Block – „Wszystkiego najlepszego” New Kids on the Block doskonale współgrają w tej uroczystej piosence z klimatem lat 50. 16. 50 Cent - 'W Klubie Da' Idź krótko! Ta piosenka jest autorstwa amerykańskiego rapera 50 Cent. Gość przerost tresci nad forma. Goście. Napisano Styczeń 26, 2016. a ten utwor mi sie bardzo podoba ale nad jego sensem sie nie zastanawiam i pewnei bym nei wymyslil z jednej strony erotyk z Ta piosenka nie jest pisana dla pieniędzy. Napisz do autora SZITARA dodany: 2022-01-02, 23:07:47 typ: patriotyzm wyświetleń (129) głosuj (0) . Przejdź do treści Bernard Fruga 1-minutowy Fruga Strona główna Sklep Mentoring Materiały Podcast Spis treści: jednominutówki i wybrane felietony ISRIKUZ biz: wypełnij 5-minutowy test managera Bernard Fruga Biogram i dane kontaktowe „ISRIKUZ. Pogodne przywództwo” „ISRIKUZ II. Skuteczny manager” „Alfabet ogarniania” Dobromiła Lachendro-Fruga Bo to się zwykle tak zaczyna: pierwsza muzyczna fascynacja rodzi marzenie o pierwszej gitarze. Później następuje szereg bezsennych nocy spędzonych na mniej lub bardziej udanych próbach zagrania choć paru akordów tak, jak Hendrix, Page czy inny idol. Wtedy też pojawia się pierwsza męska przyjaźń. Podczas jednego z pierwszych wieczorów spędzonych przy wódce pada propozycja założenia pierwszego zespołu. Teraz wydarzenia toczą się już lawinowo: pierwsza piosenka, pierwszy koncert w szkolnej auli, pierwsze demo bez powodzenia wysłane do radia czy wytwórni, w końcu pierwsze zarobione graniem pieniądze, zaraz po tym pierwsza kłótnia. Maj, kasztany i pierwszy poważny egzamin, pociągający ze sobą wybory dotyczące przyszłości, równie poważne i pierwsze. Spośród nich tym najtrudniejszym wydaje się odwieczny dylemat młodego artysty: pieniądz czy pasja? Oto jest pytanie. Dla członków deathmetalowego zespołu Exterminator odpowiedź była prosta: Pasja! Pasji nie da się jednak włożyć do garnka z zupą. Nie można też spłacić nią kredytu na mieszkanie, zaciągniętego w banku na trzydzieści lat. Co komu z niej przyjdzie, jeśli nie przynosi ona wymiernych zysków? Ba, nie przynosi nawet satysfakcji, bo na głębokiej prowincji, gdzieś w Polsce B, nie ma koniunktury na ciężkie brzmienie? Oczywiście, że można odstawić gitarę do schowka, a z szuflady wyjąć uzyskany w międzyczasie dyplom i rozpocząć pracę za biurkiem urzędu lub za sklepową ladą. Można też odłożyć do kieszeni ambicję i jako artysta zaprzedać się kulturze masowej bądź jako tuba w kampanii wyborczej uświetniać występami powiatowe dożynki i festyny spod znaku „Chmielaków“ bądź „Święta Kapusty“. Tak w skrócie przedstawia się problematyka sztuki Piotra Waligórskiego Kochanowo i okolice – muzycznej komedii społeczno-egzystencjalnej, wpisującej się w zapotrzebowanie na widowiska, które w krzywym zwierciadle ukazują prowincjonalną rzeczywistość. Spektakl jest przede wszystkim nierówny. Ma lepsze i gorsze momenty: tak zwane „dłużyzny“, podczas których ma się ochotę wyjść do szatni po płaszcz i naprawdę zabawne sekwencje muzyczne. Miejscami nie przystaje do wysokich wymagań estetycznych teatru zawodowego. Akcja rozwija się leniwie. Najpierw Marcyś (Jacek Wojciechowski), uciekając się do aż nadto eksploatowanej dziś przy każdej możliwej okazji narracji epickiej, przybliża widzom historię Exterminatora, udzielając odpowiedzi na pytanie, dlaczego wschodzące gwiazdy muzyki alternatywnej znalazły się w położeniu, które skłoniło je do łapania każdej chałtury, nawet za cenę zdrady wyznawanych przez siebie wartości. Następnie poznajemy jego kolegów z zespołu (Max Szelęgiewicz, Piotr Pilitowski, Grzegorz Łukawski), wiecznie niezadowoloną z życia żonę (Jagoda Pietruszkówna), reprezentującego jedynie słuszną opcję polityczną wójta (Krzysztof Górecki) oraz jego mało rozgarniętą asystentkę Jolę (Iwona Sitkowska), która na oczach widzów przechodzi przemianę w seksowną dziennikarkę z lokalnego tygodnika. Gdzieś pomiędzy nimi, niczym zjawa z przeszłości, przemyka także wyobrażenie Marcysia o sobie samym z dzieciństwa (Franciszek Folga/Nataniel Szczepanek/Witold Gryglewski), które na drodze konfrontacji, podczas parapsychologicznego seansu, pomaga bohaterowi w udzieleniu odpowiedzi na dręczące go pytania i tym samym znalezieniu właściwej drogi. Większość kreacji aktorskich jest do bólu przerysowana i przewidywalna. Dosłownością drażni także scenografia, a sygnalizowanie upływu czasu poprzez wyciemnianie przestrzeni scenicznej przywodzi na myśl występ szkolnego teatru dla którego blackout jest często jedynym dostępnym „efektem specjalnym“. Przez niemal połowę sztuki widzowie spoglądają wyczekująco w stronę wyeksponowanego na scenie sprzętu muzycznego, spodziewając się wreszcie mocnego uderzenia. Przychodzi ono, kiedy spora część publiczności zaczyna zapewne myśleć o tym, jak dyplomatycznie, w stylu angielskim, opuścić salę. Równię pochyłą, po której Exterminator stacza się w odmęty komercji, przedstawiono za pomocą mini koncertu w prześmiewczym tonie. Każdy z nas bowiem, najpewniej z własnego doświadczenia, zna plenerowe imprezy na prowincji, gdzie między prowizoryczną estradą a namiotem sprzedającym lokalne piwo rozcieńczone wodą sytuują się sprzedawcy baloników, popcornu i cukrowej waty, a wymalowane dziewczęta w białych kozaczkach przechadzają się w towarzystwie chłopców w lakierkach lub adidasach z bazaru. Rozochocone trunkami towarzystwo oczekuje skocznych wiązanek, przerywanych co jakiś czas kiczowato ckliwą balladą „na specjalne zamówienie pana w fioletowym garniturze z dedykacją dla jego prześlicznej małżonki, poparte dodatkowo odpowiednim banknotem“. Właśnie dla tych banknotów Exterminator gra kolejno Kocham Cię jak Irlandię Kobranocki, Life is life zespołu Opus (austriacka grupa jednego przeboju, o której mało kto dziś pamięta), Takie tango Budki Suflera i pasujące do estetyki wieczoru Kolorowe jarmarki zmiksowane z ponadczasowym biesiadnym Ore, ore. Na życzenie pań z koła gospodyń, częstujących muzyków domowym winkiem, Exterminator jest w stanie wykonać nawet Maryjannę (unplugged!) – w końcu popyt winien nakręcać podaż. Wszystko ma jednak swoją cenę, a komercyjny sukces łatwo przypłacić zawodowym wypaleniem. Chcąc temu zapobiec, w ostatniej ze scen muzycy zrzucają koszulki z logo wspierającej ich partii, by zaserwować zgromadzonym mocną dawkę szoku kulturowego. Grają to, co wypływa z ich serc: death metal w czystej postaci. W tym momecie kończy się opowieść o fikcyjnych bohaterach Kochanowa i okolic. Z festynu dożynkowego wracamy do nowohuckiego teatru, być może bogatsi o odpowiedź na pytanie: „mieć, czy być?“. Tam Jacek Wojciechowski, już nie jako niespełniony deathmetalowiec Marcyś, ale jako aktor i muzyk, przedstawia grupę Kurtyna Siemiradzkiego, złożoną z artystów krakowskich teatrów. Powstali, by dzielić się z publicznością swoją pasją i miłością do klasyki światowego rocka – muzyki opartej na żywym brzmieniu, autentycznej energii i uczuciach, która była ważnym czynnikiem kształtującym świadomość ich pokolenia, dziś systematycznie rugowanej z radiostacji, nie promowanej w mediach. Być może, jako artyści, z doświadczenia znają dylemat fikcyjnego Exterminatora. Zapewne nie raz zadawali sobie pytanie, na jak wielki kompromis może pozwolić sobie aktor, by zapewnić swoim dzieciom książki do szkoły i buty na zimę. To, że pod koniec spektaklu przedstawiają się jako istniejący zespół, nie jest tylko formą promocji. Staje się autentycznym wyznaniem, znacznie podnoszącym notowania banalnej historii przedstawionej w Kochanowie i okolicach. Tekst Przemka Jurka w ich interpretacji jest po prostu bardziej wiarygodny. Zanim odłożą gitary i ukłonią się wyjdą do ukłonów wykonują jeszcze Knockin’ on heaven’s door Boba Dylana i Gyöngyhajú Lány węgierskiej Omegi, w oryginalnej wersji językowej. Gdyby nie restrykcyjne przepisy przeciwpożarowe panujące w budynkach użyteczności publicznej, większość widzów w tym momencie zaczęłaby szukać zapalniczek… Kurtyna Siemiradzkiego buduje niesamowity, unikalny, koncertowy klimat, którego próżno szukać na odbywających się równolegle Juwenaliach. Daje tym samym dowód na to, że połączenie zawodu i autentycznej pasji jest możliwe. Katarzyna Misiuk, Teatralia Kraków Internetowy Magazyn „Teatralia“, numer 64/2013 Teatr Ludowy w Krakowie Kochanowo i okolice autor: Przemek Jurek reżyseria i opracowanie muzyczne: Piotr Waligórski scenografia: Wojciech Stefaniak kierownictwo muzyczne: Max Szelęgiewicz obsada: Jagoda Pietruszkówna, Iwona Sitkowska, Krzysztof Górecki, Grzegorz Łukawski (gościnnie), Max Szelęgiewicz (gościnnie), Piotr Pilitowski, Jacek Wojciechowski oraz jako mały Marcyś: Franciszek Folga / Nataniel Szczepanek /Witold Gryglewski premiera: 1 lutego 2013 fot. mat. teatru Katarzyna Misiuk (ur. 1989), studentka teatrologii, absolwentka filologii germańskiej. Z teatraliami związana od 2012 roku. Interesuje ją teatr zabierający głos w sprawach ważnych i aktualnych. Miłośniczka tanga argentyńskiego. JAnikPL zapytał(a) o 19:39 Ta piosenka (pisana) dla pieniędzy? Co sądzisz o niej? Oddaj swój głos, aby poznać wyniki ankiety lub zobacz wyniki W latach 80. piosenki lidera Republiki, inspirowane twórczością George'a Orwella i Kurta Vonneguta, były jak gąbka: chłonęły rzeczywistość stanu wojennego i stawały się jej krytycznym opisem. Nic dziwnego. 13 grudnia 1981 roku w domu, gdzie Grzegorz Ciechowski mieszkał z rodziną, milicja w brutalny sposób aresztowała ojca jego żony – starszego mężczyznę, działacza „Solidarności" . Z kolei Pawłowi Kuczyńskiemu, basiście Republiki, internowano siostrę. Galopująca prostytucja Najbardziej przerażające – poza zbyt wczesną śmiercią Grzegorza Ciechowskiego – jest to, że piosenki napisane przez niego w czasach PRL nie straciły na znaczeniu, a wręcz przeciwnie, zyskały nowy, porażający sens. „Biała flaga" na przykład o rzecz o zgniłych kompromisach, bezideowości. Gdzie oni są? Ci wszyscy moi przyjaciele -ele-ele-ele-ele-ele Zabrakło ich Choć zawsze było ich niewielu -elu-elu-elu-elu-elu Schowali się Po różnych mrocznych instytucjach -ucjach-ucjach-ucjach-ucjach-ucjach Pożarła ich Galopująca prostytucja -ucja-ucja-ucja-ucja-ucja. W 2001 roku Grzegorz Ciechowski mówił mi: – Na tym polega fenomen tej piosenki, że co dziesięć lat odkrywamy jej nowe znaczenia. Strach się bać, jakie będą kolejne. Z kolei „Kombinat", powstały w czasach komunistycznych zjednoczeń, łączących fabryki pod „czapką" administracyjnie przerośniętych molochów, można dziś czytać jak utwór o uniformizacji i korporacyjnej paranoi. Kombinat pracuje oddycha buduje kombinat to tkanka ja jestem komórką nie wyrwę się nie wyrwę się to tylko wiem wiem wiem..... „Telefony" to jakże aktualny dziś portret multimedialnego szaleństwa: Telefony w mojej głowie Bez przerwy trrrrrrrrrrrrrrr Nikt nie dzwoni, nikt nie dzwoni To tylko ja tylko ja. A „Mamona" każe wątpić w to, czy potrafimy być jeszcze bezinteresowni: Napisałem dziś piosenkę, już jest nieźle, już jest pięknie, Ale chcę, by było to wyłącznie dla mamony. Ani słowa o miłości, o podłości, polityce I o niczym innym, nic bez znaczeń dodatkowych. (...) Ta piosenka jest prawdziwa, ja tu śpiewam, w przekonaniu, Że nic nie przeżywam, tylko muszę coś zarobić. (...) Ta piosenka jest pisana dla pieniędzy! . – Cały czas przyglądamy się sobie z dużą uwagą, oglądamy codziennie w lustrze, sprawdzamy, czy się już poddaliśmy rzeczywistości czy jeszcze nie – mówił mi Grzegorz Ciechowski na kilka miesięcy przed śmiercią. – „Mamona" z jednej strony została napisana dla pieniędzy jak każdy przebój, z drugiej, jak to bywa z Republiką, była także próbą refleksji i bardzo trudnym wyznaniem. Coraz bardziej dotkliwe są też obserwacje z „Gadających głów": Gadające głowy rozgadane wargi wciąż gadające głowy jadowite zęby lśnią jadowita ślina klei się do nóg i rąk gadające głowy rozgadane wargi wciąż gadające głowy goni mnie stugłowy smok zdążę uciąć jedną już wyrasta nowych sto. – Grzegorza intrygował język rodem z „Dziennika telewizyjnego". Krótkie propagandowe komunikaty. To było tworzywo jego wierszy, a jednocześnie pogrywał z nowomową, kpił z niej. To były czytelne odniesienia do Orwella – wspominał Zbigniew Krzywański, gitarzysta Republiki, a dziś Nowych Sytuacji, rozwijających ideę zespołu, który tworzył z Grzegorzem Ciechowskim. Ale na przykład w „Będzie plan" lider Republiki naśmiewał się z wielkich historycznych projektów, które dziś wracają do politycznej mody: Jeżeli wszystko pójdzie dobrze a tak zakłada plan już wiemy co będziemy robić za pięć czy osiem lat cudowna perfo-perforacja cudownie białych taśm historia w końcu będzie taka jak to zakłada plan -kłada plan, -kłada. Dziś Ciechowski miałby o czym pisać. Musimy zadowolić się tym, co zostawił, ale dobra poezja sprawdza się w każdej epoce. Z Tczewa do Torunia O ile przeboje Republiki i Grzegorza Ciechowskiego pozostają w muzycznym obiegu i grane są przez radio, o tyle nieznane pozostają jego początki. Lukę tę wypełnia Leszek Gnoiński. W książce „Republika. Nieustanne tango" opisał historię zespołu, docierając do archiwów, rodziny, przyjaciół i najbliższych współpracowników muzyka. Ponad 700-stronnicowa opowieść jest bogato ilustrowana reprodukcjami znanych i nieznanych zdjęć, gadżetów, plakatów oraz innych wydawnictw. Toruński okres Grzegorza Ciechowskiego i debiut w Klubie Od Nowa wiąże się z faktem przyjazdu na studia polonistyczne z Tczewa. Jego tata był tam prezesem Spółdzielni Mleczarskiej. Grzegorz miał starszą oraz młodszą siostrę, historia jego rodziny dobrze zaś ilustrowała skomplikowane polskie losy. Dziadek ze strony ojca był leśniczym, którego w czasie II wojny światowej Sowieci wywieźli z Polski i zamordowali. Tymczasem dziadek Robert ze strony mamy grał przed wojną w niemieckiej królewskiej orkiestrze w Berlinie. Wszyscy bracia mamy odziedziczyli po ojcu talenty muzyczne. Odziedziczył je również Grzegorz, który zafascynował się liderem brytyjskiego zespołu Jethro Tull, Ianem Andersonem, grającym na flecie muzykę stylizowaną na tę, jaką wykonywali w średniowieczu minstrele. – Dzięki Jethro Tull zrozumiałem, że muzyka to stwarzanie dwóch równorzędnych światów, melodii i słów – mówił mi w 1997 roku. – Muzyka wzięła się z pisania wierszy. Gdy stały się drukowalne, próbowałem je opublikować, ale zabrakło mi koneksji. Na wątpliwości, czy można być poetą w zespole rockowym, odpowiedzieli już wcześniej twórcy z pokolenia bitników. Kiedy zaczęli śpiewać Dylan, Morrison, literatura nie obniżyła lotów, ale uzyskała dodatkową formę przekazu. Wyszła z getta, które czyta wyłącznie laureatów Nobla. Jako dziecko korzystał z pozycji ojca i jak wspomina jego kolega, zapraszał do domu największych zakapiorów z miasta, żeby zjednać ich sobie lodami lub bezami. W 1973 roku Ciechowski wyjechał z mamą do jej krewnych w Anglii. Przywiózł z tej podróży kolekcję płyt, w tym zespołu Slade, które w czasach, gdy trudno było o fonograficzne nowości, również podniosły jego status w towarzystwie. Idąc za przykładem narzeczonego siostry, Grzegorz ćwiczył kulturystykę, ale był też świetny z polskiego. Jego wieczorny zestaw stanowiły książka i... garnek budyniu. Gdy miał 16 lat, zaczął pisać wiersze. Pierwszy tomik poezji zszył sznurowadłem i zilustrował zdjęciami polskiego malarstwa. Nie ukrywał, że „jechał na opinii" zdolnego autora wypracowań z polskiego. I właśnie w charakterze tekściarza trafił do swojego pierwszego zespołu Juwentus, który grał w tczewskim kościele. Miał już wówczas za sobą trzy lata gry na profesjonalnym flecie marki Yamaha. Ojciec zareagował bowiem na pasję syna z poświęceniem: wziął na drogi zakup pożyczkę z pracy. Juwentus aspirował do miana zespołu jazzowego, a w jego repertuarze były tematy Krzysztofa Komedy. Do Torunia Ciechowski wyjechał również ze względu na ukochaną Jolę, która przeprowadziła się z rodziną do miasta Kopernika. Z kolei polonistyka cieszyła się opinią wydziału pozwalającego ominąć wojsko. Na krótki czas zaangażował się w działalność podziemnej organizacji studenckiej, która powielała ulotki wymierzone w PZPR i ZSRR. Szybko jednak przeszedł na pozycje bohemy. Wolał w stołówce akademika grać w zespole Symboliczna Łapka Misia. Stylizował się wtedy na Stachurę, chodził w długim płaszczu i jak mówią znajomi, „szpanował" na nawiedzonego gościa. Epatując takim wizerunkiem, spotkał się z muzykami zespołu Res Publika. Rysa w zespole Liderem grupy był Wiesław Ruciński. Leszek Gnoiński wspomina, że to właśnie w jego prywatnym archiwum przechowywane są nagrania zespołu wykonane w bydgoskim radiu. Res Publika nie była anonimowa. W 1979 roku wzięła udział w słynnym koncercie Muzyki Młodej Generacji na Pop Session w Sopocie. Występ odnotowała trójmiejska gazeta. Autor „Republiki" sugeruje, że komplementy pod adresem Ciechowskiego sprawiły, że w zespole zaczął się rysować rozłam. Ale Wiesław Ruciński, który był wziętym gitarzystą, dostał też zaproszenia od blues-rockowego zespołu Krzak oraz Urszuli Sipińskiej. Ciechowskiemu zarzucał narcyzm, skłonność do wódeczki i rozpijania kolegów. Jednak to Wiesław Ruciński zmarł w 2016 roku na niewydolność wątroby, po licznych próbach zrobienia kariery w Polsce, Australii i Ameryce. Jego największym sukcesem była współpraca z Jonem Andersonem, byłym wokalistą grupy Yes. Dla Ciechowskiego ważne okazało się spotkanie z jazzmanem Wojciechem Konikiewiczem w jego grupie Jazz Formation. Konikiewicz wprowadzał Grzegorza w świat różnorodnych rozwiązań harmonicznych, generalnie wzbogacił myślenie młodego muzyka kategoriami harmonii. Jak przyznawał sam Ciechowski, na pełnowymiarową naukę gry na fortepianie było za późno, ale bez spotkania z Konikiewiczem w toruńskim Klubie Od Nowa z pewnością Republiki o mocnych fortepianowych akordach by nie było. Ważnym wydarzeniem było przystąpienie do zespołu w październiku 1980 roku gitarzysty Zbigniewa Krzywańskiego, który dołączył do Ciechowskiego, Pawła Kuczyńskiego i Sławomira Ciesielskiego. Ten znakomity technik i wirtuoz z Drawska Pomorskiego po raz pierwszy widział Grzegorza na Pop Session w Sopocie. Grupa, żeby stać się Republiką, musiała jeszcze dokonać stylistycznego wyboru, zrezygnowała więc z rockowej stylistyki i długich solówek. Otworzyła się na nową falę. Żona Ciechowskiego obcięła mu włosy, pozostawiając charakterystyczną grzywkę, jaką nosił wtedy punk Robert Brylewski. Ciechowski warunkowo zgodził się być wokalistą i pianistą. Okazało się, że jest w tych rolach niezastąpiony. Pierwszy koncert Republiki odbył się 25 kwietnia 1981 roku. Muzycy zarejestrowali 11 nagrań w studenckim radiu w Toruniu, ale na płytę musieli jeszcze poczekać. Już wtedy zwracało uwagę społeczno-polityczne wyczulenie Ciechowskiego. W „Pornografii" opisywał problemy mieszkaniowe młodych par: „Gdzie się mamy kochać, powiedz/ Pokaż miejsce nam/ Na mieszkanie poczekamy jeszcze dziesięć lat/ Gdzie się mamy kochać, pokaż, gdzie, gdzie mamy spać". Krytykował propagandowy, totalitarny język. Pisał: „Z telewizorów płynie lawa/ z głośników na ulicy lawa/ i przez drukarnie lawa/otwierasz książkę płynie lawa/otwierasz usta płynie lawa". Gdy w Toruniu odbył się pierwszy koncert punkowych zespołów, Republika się nie załapała, ponieważ nie miała jeszcze gotowego repertuaru. Ciechowski wystąpił natomiast jako konferansjer. Zapowiadał Kryzys z Robertem Brylewskim, a on zapamiętał Grzegorza. I to właśnie Republika otwierała później pierwszy koncert supergrupy Roberta Brylewskiego, Brygady Kryzys założonej wraz z Tomkiem Lipińskim. Brylewski wspomina, że Republika zwracała uwagę zielonymi spodniami, czerwonymi koszulami i czarnymi krawatami pożyczonymi z teatru. Wyglądali jak Kraftwerk. Występ w warszawskiej Rivierze był specyficzny, ponieważ zrytmizowana muzyka Republiki grana była pod wpływem ciasteczek z marihuaną, serwowanych w garderobie Brygady Kryzys. Działały jeszcze długo, tak jak płynąca z koncertu nauka, by nie występować pod wpływem używek. Na tym koncercie nie było natomiast Andrzeja Ludewa, grafika, który rozkręcał wówczas firmę zajmującą się produkcją gadżetów, w tym znaczków zespołów. To on został menedżerem i dyrektorem artystycznym Republiki, wprowadzając zasadę, że wszyscy są równi i zarabiają tyle samo. Ciechowski z Krzywańskim opowiedzieli mu o fascynacji czarnymi pasami, a Ludew w odzewie wymyślił zintegrowany wizerunek zespołu, prezentowany przez biało-czarne kostiumy, znaczki, plakaty oraz styl pisma zwany „republikarycą". – Od tego czasu byliśmy biało-czarni. Światła na koncertach: biało-czarne. Nasze ubrania mundury – czarne. Krawaty, które były rynsztunkiem wyłącznie scenicznym, również biało-czarne – mówił mi Grzegorz Ciechowski. – To wszystko przyczyniło się do popularności wynikającej również z głodu istnienia zespołu, który ma konsekwentnie budowany wizerunek, z którym można się utożsamiać. Zdarzało się, że publiczność na koncertach była w przeważającej części ubrana jak my. Niektórym czarny kolor kojarzył się źle. Pamiętam interpelacje w komunistycznym Sejmie dotyczące rzekomych bojówek Republiki. Siła kreacji Po rozpadzie Republiki narodził się Obywatel Jego pierwszy album był muzyczną sensacją 1987 roku. Znalazły się na nim przeboje: „Tak długo czekam", „Paryż–Moskwa", „Błagam, nie odmawiaj". Zwracały uwagę bardzo nowoczesną aranżacją i staranną produkcją. – Ta płyta miała być nagrana przez Republikę – wspominał. – Ale nasze drogi się rozeszły, a ja dostałem nieoczekiwany zastrzyk energii od muzyków, którzy stanęli obok mnie i powiedzieli: „dobra, gramy". Byli to Jan Borysewicz, Michał Urbaniak, Janusz Skowron, Krzysztof Ścierański. Duży udział w wykreowaniu postaci Obywatela w mediach miała moja ówczesna partnerka Małgorzata Potocka. Jeszcze wspanialsza była druga płyta Obywatela „Tak! Tak!" z przebojem tytułowym, z „Podróżą do ciepłych krajów", „Skończymy w niebie" i „Listem do producenta". Promocji płyt towarzyszyła spektakularna koncertowa megaprodukcja. Artystyczny prestiż przyniosła Ciechowskiemu debiutancka płyta Justyny Steczkowskiej „Dziewczyna szamana". Dopiero w czasie uroczystości Fryderyków 1996 branża muzyczna dowiedziała się, że Ewa Omernik, autorka wszystkich tekstów do piosenek Steczkowskiej, to pseudonim Ciechowskiego. Kolejną sensacją, nagrodzoną Fryderykiem w kategorii muzyka korzeni, stał się album „OjDADAna" nagrany pod szyldem Grzegorz z Ciechowa. Teledysk do przeboju „Piejo kury, piejo" nakręcił Jan Jakub Kolski. Sesję fotograficzną przygotował znakomity fotograf Andrzej Świetlik, którego dorobek związany z Grzegorzem Ciechowskim oraz zapisy niepowtarzalnych, stylizowanych sesji zostały teraz zebrane w albumie „Ciechowski–Świetlik". – To nie przypadek, że jako kompozytor i autor nie zaistniałem nigdy pod własnym nazwiskiem, tylko jako Republika, Obywatel G. C., Grzegorz z Ciechowa czy Ewa Omernik – mówił mi. – Bez kreacji moja osoba jest pozbawiona tego, co sprawia, że bywam interesujący. Lubił udzielać się gościnnie. Współpracował z Maanamem przy nagraniu płyty „Sie ściemnia". Dla Lady Pank napisał tekst „Zostawcie Titanica". Miał coraz większe ambicje i głód życia. Próbował swoich sił w kinie: skomponował muzykę do „Wiedźmina". W kwietniu 2001 roku przed koncertem z okazji 20-lecia Republiki powiedział mi: – Nagraliśmy piosenkę „Nie pójdę do szkoły". Właściwie opowiada o rezygnacji. Musimy się pożegnać z pewnym etapem naszej działalności, nie możemy wrócić do miejsca i czasu, w którym byliśmy 20 lat temu, bo jesteśmy za starzy. Wolimy jednak prawdę niż udawanie, że jesteśmy wciąż jak młode orły lub młode lwy. Tym bardziej że z naszym wiekiem wiążą się przecież także doświadczenia, które sobie bardzo cenimy. Przed śmiercią skomponował „Śmierć na pięć". Jak wspomina żona Anna, pierwsza wersja była mroczniejsza od tej, którą znamy. Opisał w niej – miał przeczucie? – szpitale i uroczyste pogrzeby. Płyta miała być skończona w styczniu 2002 roku. W połowie grudnia zajęty był przeprowadzką do nowego domu. Zasłabł, a zawieziony do szpitala, ledwo miał siłę chodzić. Badania wykazały tętniaka aorty, jego pęknięcie zaś było równoznaczne ze śmiercią. Pożegnał się z przyjaciółmi telefonicznie głosem, który wzbudzał niepokój. Operacja odbyła się 21 grudnia. Udała się, ale po niej nastąpił rozległy zawał. Zmarł w szpitalu na Szaserów o ósmej rano 22 grudnia. Miejmy w pamięci piosenki Republiki i Grzegorza Ciechowskiego, sprawdzając dzięki nim naszą kondycję. I obyśmy nigdy nie wyciągali z nich przerażających wniosków. PLUS MINUS Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”: tel. 800 12 01 95 Napisałem dziś piosenkę, już jest nieźle, już jest pięknieAle chcę, by było to wyłącznie dla mamonyAni słowa o miłości, o podłości, polityceI o niczym innym, nic, bez znaczeń dodatkowychNajpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszęTylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamonyIle razy to słyszałem, że ktoś kocha, nie wierzyłemBo jak wierzyć w to, gdy ktoś wyznaje dla mamonyTa piosenka jest prawdziwa, ja tu śpiewam w przekonaniuŻe nic nie przeżywam, tylko muszę coś zarobićNajpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszęTylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamonyTa piosenka jest pisana dla pieniędzy!Ta piosenka jest śpiewana dla pieniędzy!Ta piosenka jest nagrana dla pieniędzy!Ta piosenka jest wydana dla pieniędzy!Nie traktuję cię jak głupca, ja zakładam, że ty słuchaszI że widzisz to, jak dzisiaj piszę dla mamonyTak jak żadna prostytutka nie całuje nigdy w ustaTak ja odpuszczam sobie wszystkie moje strofyNajpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszęTylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamonyTa piosenka jest pisana dla pieniędzy!Ta piosenka jest śpiewana dla pieniędzy!Ta piosenka jest nagrana dla pieniędzy!Ta piosenka jest wydana dla pieniędzy!Najpierw ty, długo, długo nic, tylko ty, dla ciebie piszęTylko ty, po tobie nie ma nic, dziś piszę dla mamonyTa piosenka jest pisana dla pieniędzy!Ta piosenka jest śpiewana dla pieniędzy!Ta piosenka jest nagrana dla pieniędzy!Ta piosenka jest wydana dla pieniędzy!

ta piosenka jest pisana dla pieniędzy