Wyniki wyszukiwania frazy: nie ma przebacz - wiersze. Strona 655 z 666. anna kowalczyk Wiersz 28 lutego 2011 roku, godz. 2:49 49,1°C Słowa milczą , myśli mówią, Wyniki wyszukiwania frazy: nie ma przebacz - recenzje. Strona 5 z 18. potania Recenzja 15 sierpnia 2012 roku, godz. 1:42 Tekst dnia 16 grudnia 2020 roku Zakochać Play Maka and discover followers on SoundCloud | Stream tracks, albums, playlists on desktop and mobile. Wyniki wyszukiwania frazy: nie ma przebacz - myśli. Strona 81 z 666. kuba Myśl 25 maja 2014 roku, godz. 00:14 0,0°C Nie wyszukujmy ukrytych treści. Tam, gdzie ich Przebacz - nie zwlekaj! Autor: Janusz LindnerNieprzebaczenie jest jak picie trucizny z nadzieją, że zatruje się nią os Listen to music from Nie ma przebacz. Find the latest tracks, albums, and images from Nie ma przebacz. . Każdemu wolno kopać (mój tekst) – Parodia › ąc Każdemu wolno kopać (mój tekst) Parodia Ta piosenka jest dostępna tylko z iSing Plus Odblokuj lub #polskie krysiaabc123 121 odtworzeń 5 nagrań Za mały ekran 🤷🏻‍♂️ Rozszerz okno swojej przeglądarki, aby zaśpiewać lub nagrać piosenkę Ty śpiewasz partie niebieskie Twój partner śpiewa partie czerwone Wspólnie śpiewacie partie żółte Zobacz podział tekstu Prosimy czekać, nagrywanie zakończy się za 10s Aby zaśpiewać całą piosenkę aktywuj Zobacz więcej 0:00 0:00 / 0:00 Pełny ekran Podział tekstu w duecie Każdemu wolno kopać (mój tekst) – Parodia krysiaabc123 × Mikrofon Kamerka Włączona Wyłączona Nie wykryto kamerki Dostosuj przed zapisaniem Wczytywanie… Własne ustawienia efektu Pogłos 0 Delay Siła 0 Czas 0 Sugerowana wartość: Chorus 0 Overdrive 0 Equaliser Siła 0 Dubler 0 Głośność Wokal 75% Podkład 75% Synchronizacja wokalu Gdy wokal jest niezgrany z muzyką! Efekt wokalu Plus Brak Pogłosowy Studio Przestrzeń Rock Stwórz własny Własny Siła efektu 100% Filtr video Plus 0:00 0:00 0:00 Trwa przetwarzanie: Trwa przesyłanie: 0% Przesyłanie zakończone Nowe nagranie: Każdemu wolno kopać - Parodia Zaśpiewaj Tekst piosenki Nagrania (5) Duety (0) Najnowsze Ranking nagrań Nagrania znajomych 3:34 Każdemu wolno kopaćParodia magnolia1201 182 odsłuchania 3:26 Każdemu wolno kopaćParodia beatrix9 129 odsłuchań 3:34 Każdemu wolno kopaćParodia amibolo 223 odsłuchania 3:34 Każdemu wolno kopaćParodia za45ra 91 odsłuchań 3:34 Każdemu wolno kopaćParodia ewcia15 402 odsłuchania Najnowsze Ranking duetów Każdemu wolno kopaćParodia magnolia1201 • 0 nagrań Każdemu wolno kopaćParodia beatrix9 • 0 nagrań Każdemu wolno kopaćParodia amibolo • 0 nagrań Każdemu wolno kopaćParodia za45ra • 0 nagrań Każdemu wolno kopaćParodia ewcia15 • 0 nagrań Pobierz za darmo Śpiewaj równieżw aplikacji! Polecane nagraniaPolecane Najnowsze nagraniaNajnowsze Brak nagrań Brak nagrań Zgłoś naruszenie Bądź na bieżąco! Obserwuj Plejadę w Wiadomościach Google Lionel Messi urodził się 24 czerwca 1987 r. w Rosario, argentyńskiej prowincji Santa Fe, gdzie stawiał swoje pierwsze kroki w karierze piłkarza. Sukces osiągnął jednak dopiero w Barcelonie, do której się przeprowadził, kiedy miał zaledwie 11 lat. Dziś pozostaje jednym z czołowych sportowców na świecie, a dla klubu FC Barcelona (w którym grał od 2002 r. do 2021 r.) zdobył wiele tytułów, na czele z czterema zwycięstwami w Lidze Mistrzów. Wiele osób określa go jako jednego z najbardziej tajemniczych piłkarzy świata, on sam rzadko udziela wywiadów i opowiada o swoim życiu. To go nie oszczędzało praktycznie od dziecińska. Amerykański dziennikarz Wright Thompson przyjrzał się miejscu, w którym wychował się i dorastał Leo Messi. Swoją podróż do Rosario, gdzie spotkał się z najbliższą rodziną Messiego, opisał w książce pt. "Cena naszych marzeń. Sportowe biografie bez cenzury", która właśnie trafiła do sprzedaży w Polsce. Fragment książki wydanej przez Wydawnictwo Znak znajdziesz pod materiałem wideo: RAZ JEST, RAZ GO NIE MA. Dziwna relacja Lionela Messiego z jego rodzinnym miastem w Argentynie ROSARIO, ARGENTYNA. W wyobraźni autorów przewodników turystycznych, którzy widzą opisywane miejsca tak, jak powinny one wyglądać, acz rzadko wyglądają tak naprawdę, zrodziła się płomienna miłość między miastem Rosario i jego słynnym synem, gwiazdą światowego futbolu Leo Messim. Przekonałem się o tym, czytając 179. stronę przewodnika "Lonely Planet", który przeglądałem podczas trzygodzinnej jazdy przez argentyńską wieś między Buenos Aires a rodzinną miejscowością Messiego. Samochód prowadził irlandzki imigrant imieniem Paul, mój tłumacz i przyjaciel. Zgodził się mi pomóc w zaspokojeniu obsesji na punkcie Messiego, który jest jednym z najsłynniejszych – i zarazem najsłabiej znanych – sportowców świata. Ta sprzeczność przyciągała mnie jak magnes. Czytałem wszystko, co byłem w stanie, oglądałem filmy w internecie, w których Messi strzela kolejne nieprawdopodobne bramki dla Barcelony. Wyglądało to tak, jakby inni gracze uganiali się za piłką, podczas gdy Messi poruszał się razem z nią, bez względu na prędkość. Mimo to po zakończeniu meczu ten ogień w niewyjaśniony sposób gasł: kontakt wzrokowy zanikał, odpowiedzi stawały się monosylabiczne – poziom energii spadał niemal do zera. Im więcej czytałem i oglądałem, tym mniej rozumiałem. Może pobyt w Rosario, miejscu urodzenia piłkarza, miał to zmienić. Zobacz też: Leo Messi dużo kosztuje, ale PSG zarabia dzięki niemu miliony Po wjeździe do miasta zaczęliśmy z Paulem szukać, z początku od niechcenia, jakiegoś potwierdzenia więzi z Messim. Wiecie, co mam na myśli. Trofeum Heismana zdobyte przez Billy’ego Cannona stoi na widoku w restauracji serwującej potrawy z grilla w Baton Rouge, a w rodzinnym mieście Bretta Favre’a jest bar przerobiony na kapliczkę w hołdzie dla niego. Na całym świecie ustawiane są znaki, które każdego przyjezdnego informują, że na tej tu ziemi wychował się futbolowy heros, gwiazda rocka czy astronauta. W trakcie pierwszego dnia w Rosario nie dostrzegliśmy niczego, co wskazywałoby, że dorastał tam Messi. Następnego ranka, gdy zajadaliśmy empanady na stacji benzynowej, po drugiej stronie ulicy zauważyliśmy bar sportowy, który zaledwie kilka przecznic dzieliło od byłej dzielnicy Messiego. W oknach lokalu widać było zdjęcia Muhammada Alego, Marii Szarapowej i Rafaela Nadala. Messiego jednak brakowało. W ciągu kolejnych dni ten schemat powtarzał się w różnych punktach miasta. Nikt by się nie domyślił, że piłkarz pochodzi z Rosario. Po jego obecności nie było śladów nawet na pierwszym boisku, na którym grywał, znalezionym przez nas o zachodzie słońca pośród blokowiska w sowieckim stylu pełnego zawodzących psów. Na murze ktoś wymalował sprejem mural złożony z abstrakcyjnych linii i tryskający feerią barw. Zarówno twarz, jak i opaska na czole wyglądały znajomo. Po chwili parsknąłem jednak śmiechem. Jasna cholera, przecież to Keith Richards, zdałem sobie sprawę. Obok gitarzysty widać było ogromne usta należące do innej wyrwanej z kontekstu twarzy: Mick! W miejscu, w którym narodziła się legenda Messiego, Rolling Stonesi przemawiali do wyobraźni bardziej niż on sam. Zbity z tropu i pewny, że przeoczyłem coś ważnego, opisałem nasze odkrycia – a raczej ich brak – lokalnemu trenerowi drużyny młodzieżowej, który zna Messiego i jego rodzinę. Poczułem się lepiej. Mężczyzna postrzegał Rosario tak jak my i sam wyobrażał sobie, jakby zareagował na odrzucenie przez własne miasto. Dalszą część artykułu przeczytasz pod materiałem wideo: (...) Wydawało się, że tak jak my nie zauważaliśmy śladów Messiego w Rosario, tak też wielu mieszkańców miasta nie dostrzegało siebie w nim. Messi jest dla swoich krajan równie enigmatyczny jak dla mnie, gdy siedzę w gabinecie, oglądając na YouTubie słynny gol strzelony przez niego klubowi Getafe. Ludzie nie rozumieją jego gry ani zachowania, brakuje im w nich wyraźnego ciągu przyczynowo-skutkowego – wzoru X + Y = Z, który by cokolwiek tłumaczył. Diego Maradonę rozumieją. Dorastał otoczony przemocą i biedą w slumsach o nazwie Villa Fiorito. Jego całe życie stanowiło próbę ucieczki przed własnym pochodzeniem i bez względu na to, czy odnosił sukcesy czy porażki, jego rodacy są w stanie identyfikować się z jego wewnętrznymi zmaganiami. Rozumieją zarówno źródło jego talentu, jak i dręczące go demony. Wszystko, co kiedykolwiek osiągnął Maradona, można wytłumaczyć realiami ulic miasteczka Villa Fiorito. Z kolei 25-letni obecnie Messi gra w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie widzieli. Jego talentu nie da się łatwo wyjaśnić, zerkając do jego biografii: to chłopak z klasy średniej, wychowany w stabilnej, normalnej rodzinie. Zanim z dnia na dzień niemal stał się gwiazdą klubu FC Barcelona, większość ludzi w jego mieście nigdy o nim nie słyszała. Jego największe osiągnięcia w Rosario miały miejsce jeszcze w szeregach drużyny młodzieżowej. Przez cztery lata wspólnej gry jej zawodnicy przegrali tylko raz. W niewielkich kręgach osób, które interesują się sportem młodzieżowym, drużyna Messiego była określana mianem "Maszyny 1987 r.", bo wszyscy byli z tego samego rocznika. Dorastanie Messiego nie przebiegało jednak bezproblemowo – w pewnym momencie otworzyła się przepaść dzieląca potencjał od możliwości jego realizacji. Gdy Leo miał dziewięć lat, przestał rosnąć. Po wykryciu u niego niedoboru hormonów chłopiec zaczął codziennie brać zastrzyki. Robił je sobie sam, a gdy chodził grać w piłkę z kolegami, miał ze sobą małą lodówkę turystyczną. – Urosnę kiedyś? – pytał mały Messi ze łzami w oczach. – Będziesz wyższy od Maradony – odpowiadał jego lekarz, doktor Diego Schwarzstein. – Nie wiem, czy będziesz od niego lepszy, ale na pewno wyższy. Zobacz też: Jest amantem, choć... ma "metr pięćdziesiąt w kapeluszu" Za leki zgodził się płacić klub piłkarski, lokalna kopalnia talentów o nazwie Newell’s Old Boys, lecz koszty leczenia ciągle rosły i w końcu klub wycofał ofertę pomocy. Sfrustrowany ojciec Messiego znalazł jednak klub, który był skory wysupłać pieniądze: Barçę. Gdy więc Leo miał 13 lat, po zdobyciu mistrzostwa przez "Maszynę 1987 r." przeprowadził się z tatą Jorgem do Hiszpanii. Przed wyjazdem zajrzał jeszcze do gabinetu lekarza, żeby się pożegnać. Schwarzstein życzył mu powodzenia, a Messi podarował mu swoją maleńką koszulkę z numerem dziewięć na plecach. Złożył na niej autograf, potem udał się z ojcem na lotnisko w Buenos Aires, żeby zamienić dotychczasowe wygodne życie na nowe i nieznane. Matka Leo została w kraju z jego rodzeństwem, co podzieliło rodzinę. Nieśmiały Messi nie miał lekko. Gdy płakał, a zdarzało mu się to często, robił to w ukryciu. Nie chciał, żeby ojciec widział jego łzy. Los całej rodziny zależał od jego przyszłości; Barça zgodziła się nawet zatrudnić Jorgego na czas treningów Leo w słynnej akademii młodzików klubu. Młody Messi uczęszczał na zajęcia, choć niezbyt ochoczo, lecz w istocie już w wieku 13 lat był zawodowym sportowcem. Minęły cztery lata. W trakcie wypełnionego samotnością okresu, kiedy był dzieckiem utrzymującym całą rodzinę, przeszedł przemianę z małego Lionela w… Messiego. Urósł. Schwarzstein miał rację. Maradona mierzy 165 cm wzrostu, a Messi ma ich 170. Następnym razem, gdy mieszkańcy Rosario usłyszeli jego nazwisko, był już gwiazdą. – Niełatwo być bohaterem we własnym mieście – wyjaśnił nam Marcelo Ramírez, przyjaciel rodziny Messich i gospodarz audycji radiowej, który pokazał nam SMS-y otrzymane od piłkarza. – Dorastał gdzie indziej, stracił więc kontakt z miejscowymi. Jest raczej międzynarodową gwiazdą niż chlubą Rosario. Zobacz też: Tyle trzeba zapłacić za nocleg w hotelu Leo Messiego. Ceny zwalają z nóg! Trenerzy argentyńskiej reprezentacji narodowej odkryli go, oglądając pewną kasetę wideo. Gdy po raz pierwszy wysłali mu zaproszenie do swojej drużyny, list zaadresowali do "Leonela Mecciego". W trakcie piłkarskich mistrzostw świata w 2006 i 2010 r. Messi radził sobie średnio poza znanym mu dobrze systemem barcelońskim – przynajmniej takie było odczucie jego rodaków. Trenerzy i koledzy z drużyny nie rozumieli wyniosłego Messiego, który pojawił się kiedyś na integracyjnym grillu i nie powiedział ani słowa, nawet gdy prosił o mięso. Argentyńczycy sądzili, że jest Hiszpanem, a bywalcy kafejek i klubów bilardowych zastanawiali się, dlaczego zdobywa puchary dla Barcelony zamiast dla ojczystego kraju. Wściekali się, gdy nie śpiewał hymnu narodowego przed meczem. W Barcelonie Messi wywoływał podobne reakcje. Ludziom nie umknęło, że piłkarz nie mówi po katalońsku i dba o akcent z Rosario. Kupował mięso u argentyńskiego rzeźnika i jadał w argentyńskich restauracjach. "Barcelona nie jest jego ulubionym miejscem na ziemi" – pisał w mailu wpływowy redaktor hiszpańskiego magazynu piłkarskiego Aitor Lagunas. "To typowy emigrant zarobkowy, który nie kryje tęsknoty za domem". "W Barcelonie jest Argentyńczykiem pełną gębą, ale w Buenos Aires już nie, bo do Hiszpanii przyjechał jako dziecko" – kontynuuje wywód Lagunas, którego magazyn "Panenka" poświęcił cały numer na badania relacji Messiego z Rosario. Messi nigdy niczego nie ujawnia. Gdy redakcja "Sports Illustrated" wysłała doświadczonego dziennikarza Price’a, aby przeprowadził z nim wywiad, Price przez kwadrans musiał słuchać mdłych, podszytych irytacją odpowiedzi piłkarza. Włoski dziennikarz Luca Caioli napisał biografię Messiego, w której pojawia się następującą rewelacja: rodzina futbolisty przyznaje, że nawet najbliższe mu osoby nie znają go zbyt dobrze. – Gdy Leo czuje się kiepsko, woli być sam – zdradziła autorowi książki przyjaciółka Messiego Cintia Arellano. – Wycofuje się. Zamyka w sobie. Nawet przy mnie tak się czasem zachowywał. W takich chwilach łatwiej byłoby wycisnąć krew z kamienia, niż dowiedzieć się, co dzieje się w jego wnętrzu. (...) Dalszą część artykułu przeczytasz pod materiałem wideo: NIE DA SIĘ JUŻ WRÓCIĆ DO DOMU, PRAWDA? Któregoś dnia późnym popołudniem dojrzeliśmy trzech młodych mężczyzn kręcących się przed starym domem Messiego. Na chodniku stało czarne sportowe audi z przyciemnianymi szybami. Podeszliśmy do nich z Paulem. – Ile wyciąga? – spytałem, wskazując głową samochód. – Dwieście coś – odparł Matias Messi. Matias, średni wiekiem brat, wyglądał jak zawodowy piłkarz: dres, modny zarost, włosy nastroszone na żelu, w uszach duże diamentowe kolczyki. Stylem bliżej mu było do Cristiana Ronalda niż do Leo. Zadaniem Matiasa jest zarządzanie klubem VIP. Obok niego stał Rodrigo Messi, najstarszy z braci, który zazwyczaj mieszka w Hiszpanii. Na głowę miał naciągnięty kaptur bluzy. Trzeci mężczyzna to ich kuzyn, którego mamie zostawiliśmy wcześniej wiadomość. Cała ta sytuacja była nieco dziwna. Choć każdy z nich miał gdzie się podziać, wspólnie wrócili do starego domu. I nawet nie weszli do środka, tylko stali na ulicy. Jakąś godzinę wcześniej Barcelona skończyła grać mecz w Hiszpanii. – Messi strzelił dwa gole – poinformował nas Matias. Tak właśnie go nazwał. Nie powiedział "Leo" ani "mój brat", tylko Messi. To głównie Matias z nami rozmawiał, podczas gdy Rodrigo i kuzyn drażnili się ze sobą jak dzieci. – Na co się gapisz? – Na ciebie, debilu. Zaraz ci łeb rozwalę. – Nie, to ja ci palnę, serio. Do rozmowy włączyli się tylko raz, gdy Paul wspomniał o Ronaldo, skorym do ekstrawagancji napastniku Realu Madryt i głównym rywalu Messiego. – Jego imienia tu się nie wypowiada – oznajmił Rodrigo. – "Ronaldo" to tutaj zakazane słowo. – Wybaczcie – przeprosił Paul. – Uważajcie na to – przestrzegł Rodrigo. – Dobra, rozumiem – odparł Paul. – To prawda – potwierdził Matias ze śmiechem. – Nie znam drugiej równie próżnej osoby. Zobacz też: Tak Leo Messi świętował urodziny. Zdjęcie pokazała żona Fabregasa Sam dom opisali jako emocjonalne centrum rozpierzchniętej po świecie rodziny, a gdy bracia spoglądali na łuszczącą się farbę, Matias wymamrotał hiszpański zwrot znaczący mniej więcej "co za g***o". Matias wyjawił, że od przeprowadzki do Hiszpanii namacalny charakter tego domu stał się dla Leo ważniejszy niż dla krewnych, którzy stąd nie wyjechali. Ten dom, a jeszcze bardziej dom jego ciotki, który Matias określił mianem "azylu" dla jego brata, niedzielne posiłki w gronie całej rodziny, nawet koledzy z drużyny, których Messi zna od dziecka – za tym wszystkim tęskni Leo na obczyźnie. Próbuje wypełnić pustkę po nich, ale wciąż jest tylko urodzonym w Argentynie chłopcem, który w dorosłość musiał wejść w Hiszpanii. Nigdy nie przepadał za robotami czy zabawkowymi samochodami, za to uwielbiał kopać piłkę. Zamienił dzieciństwo na sport, który uprawia obecnie z dziecięcym zapałem. Być może wychowywanie się w Rosario w niewielkim stopniu go ukształtowało, lecz wyjazd stamtąd z pewnością odcisnął na Messim swój znak. – Co by się stało, gdybyście sprzedali dom, nie mówiąc o tym Leo? – spytałem. – Nie ma mowy – odparł Matias z emfazą. – Wszyscy się tu wychowaliśmy. Dorastaliśmy tutaj. I z tego względu, bardziej niż z innych powodów, musimy go zatrzymać. Dalszą część artykułu przeczytasz pod materiałem wideo: PROJEKT BUDOWLANY Messi ciągle wraca do Rosario – bez wątpienia ze względu na różne obowiązki – lecz być może ciągnie go tu coś jeszcze. Aktywnie pracuje nad utrzymaniem więzi z rodzinnym miastem, począwszy od tego, jak mówi. Dorastałem w Missisipi, ale wraz z kolejnymi przenosinami najcięższą część południowego akcentu odrzucałem niczym balast. Śpiewną irlandzką intonację Paula również stępił czas i odległość od ojczyzny. Leo nigdy jednak nie wyzbył się bardzo wyraźnego akcentu z Rosario, mimo że w Hiszpanii mieszka już niemal tak długo, jak wcześniej w Argentynie. To musi być świadomy wybór. Gdy odniósł kontuzję i musiał przez miesiąc poddawać się rehabilitacji, w tym celu przyjechał właśnie tu. I choć prasa brukowa swego czasu swatała go z jedną supermodelką za drugą – może i jest dziecinny, ale cieszy się powodzeniem wśród kobiet – ostatecznie się ustatkował i poślubił dziewczynę znaną od dzieciństwa. Ich rodziny się znają, a żona Messiego jest już w ciąży z ich pierwszym dzieckiem, termin porodu wyznaczono na październik. Klub Newella planuje w ramach wyprawki przyznać dziecku specjalną kartę członkowską. Ciągnący się od lat spór między Messim a jego starym klubem dobiega końca. Piłkarz ufundował nową siłownię i zasponsorował budowę stadionowego internatu, w którym będą mogli nocować nastoletni gracze. Dwa dni przed jego otwarciem przeszedłem się korytarzem biegnącym pod trybuną główną. Otaczał mnie warkot pił motorowych i echo uderzeń młotkiem, a rezultatem tego hałasu miała być akademia przypominająca tę, w której Messi trenował w Hiszpanii. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to może w przyszłości jakiś utalentowany chłopak nie będzie musiał samotnie przeprowadzać się za ocean. Pięć miesięcy temu klub powiesił w kawiarni pod stadionem dwa małe zdjęcia Messiego w ramkach. Na jednym dorosły Leo obejmuje ramieniem Maradonę; na drugim widać go w koszulce "Maszyny 1987 r.", biegnie zapatrzony w piłkę większą niż jego własna głowa. Miesiąc później w holu biura klubu pojawiło się kolejne zdjęcie Messiego, zawieszone obok fotografii Maradony. W tym sezonie po raz pierwszy grupa fanów przyniosła transparent z nazwiskiem Messiego na lokalny mecz. Pojawiliśmy się tu w sam raz, by być świadkami zmiany, i zacząłem się zastanawiać, co odkryje ktoś, kto za pięć lat odbędzie podobną podróż. Nawet w szatni Barçy Leo często rozmyśla o Rosario. Po niedawnym meczu – tym samym, który widzieliśmy podczas wizyty w barze VIP – były lekarz Messiego, Diego Schwarzstein, przysłał mu SMS-a. Wiadomość napisał zaraz po końcowym gwizdku. 10 minut później przyszła odpowiedź. Wszystkie te sytuacje i wiele innych, które mógłbym przytoczyć, to działania człowieka poszukującego czegoś. Bez względu na motywy Messi aktywnie kształtuje swoją relację z miejscem, które przez długi czas tylko z nazwy było jego miastem rodzinnym. Chodzi o coś więcej niż jedynie o możliwość powrotu. On próbuje tam zapuścić korzenie. Podtrzymuje stare przyjaźnie. Zachował stary dom, który – jak potwierdził Ramírez – należy do rodziny już tylko ze względu na Messiego. – Lionel nie chce go sprzedać – mówi. – Chce go zatrzymać jako pewien rodzaj pamiątki. Nieustannie tu wraca, nawet gdy nie jest mu po drodze. Jakiś czas temu, wyznał nam Ramírez, Messi trenował wraz z resztą argentyńskiej reprezentacji narodowej w ośrodku sportowym położonym nieopodal lotniska w Buenos Aires. Pewnego wieczora po trwającym do 18:00 treningu Messi wsiadł do samochodu i przez bite trzy godziny jechał do Rosario. Zjadł kolację z rodziną, poszedł spać, a następnego ranka wyjechał do Buenos Aires tak wcześnie, żeby nie spóźnić się na ćwiczenia. – Czemu to robi? – spytałem jego byłego lekarza. Usiedliśmy w gabinecie Schwarzsteina, który chwilę wcześniej przeczytał mi SMS-y otrzymane poprzedniego dnia. Mężczyzna na chwilę umilkł, szukając właściwych słów, które wyrażą po angielsku powody, dla których Messi wciąż wraca do domu. – Wyjazd z Rosario był dla niego bardzo trudny – oznajmił wreszcie lekarz. – Sporo wycierpiał. W końcu spod wszystkich tych warstw znaczeń wyłania się znajomy związek przyczyny i skutku. Cierpienie wywołane utratą dzieciństwa sprawia, że Messi przy każdej okazji wypatruje szans na odtworzenie go w życiu dorosłym – bez względu na to, czy prowadzi piłkę po boisku, czy zagląda do miasta, w którym nie mógł do końca dorosnąć. Niedawno czytałem wywiad z Bruce’em Springsteenem, w którym piosenkarz wyznał, że latami obsesyjnie przejeżdżał obok domu swojego dzieciństwa, aż w końcu usłyszał od psychologa, iż jest to wyraz pragnienia cofnięcia się w czasie i zmiany wydarzeń, które tam zaszły. Czy zatem Messi wraca do Rosario, bo to normalny odruch u kogoś tęskniącego za rodziną, bo podświadomie próbuje zmienić przeszłość, czy też dlatego, że mentalnie utknął w wieku 13 lat? (...) PAŹDZIERNIK 2012 R. Książka ukazała się 25 lipca br. nakładem Wydawnictwa Znak. Okładka książki Chcesz podzielić się ciekawym newsem lub zaproponować temat? Skontaktuj się z nami, pisząc maila na adres: plejada@ Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z życiem gwiazd, zapraszamy do naszego serwisu ponownie! Tekst piosenki: Kopać czas, ruszam więc, kopalni szukać Kilof w rękę, no i w drogę czas Kopie w dół, pod siebie, lawa mi nie straszna W głowie ciągle tylko diaxy mam Kopię już chyba cała noc Czy ktoś ukrył je czy co? Diamentów wciąż brakuje mi Chciałbym bardzo zdobyć je Ile jeszcze kopać mam? Chciałbym zbroje mieć i miecz Bo żelazny zepsuł się Ile jeszcze kopać mam? Jak znaleźć je? nie wiem Może ktoś trolluje mnie? Przyznam wam, to mój błąd, za wysoko kopałem Pod szesnasty poziom schodzę więc Kopię, kopię lecz nadal ich nie ma Czemu on wciąż chowają się? Kopie już chyba drugą noc Czy ktoś ukrył je czy co? Diamentów wciąż brakuje mi Chciałbym bardzo zdobyć je Ile jeszcze kopać mam? Chciałbym zbroje mieć i miecz Bo żelazny zepsuł się Ile jeszcze kopać mam? Jak znaleźć je? nie wiem Może ktoś trolluje mnie? ooo ooo ooo ooo Może to czas, by odpalić xray? ooo ooo ooo Dajcie mi diaxy plis Kopię już chyba piątą noc Czy ktoś ukrył je czy co? Diamentów wciąż brakuje mi Chciałbym bardzo zdobyć je Ile jeszcze kopać mam? chciałbym zbroje mieć i miecz bo żelazny zepsuł się Ile jeszcze kopać mam? Jak znaleźć je? nie wiem Może ktoś trolluje mnie? Ile jeszcze kopać mam? Chciałbym zbroje mieć i miecz Ile jeszcze kopać mam no ile? Ile jeszcze kopać mam? Dajcie mi diaxy pliss Jak znaleźć je? nie wiem Może ktoś trolluje mnie? Dodaj interpretację do tego tekstu » Historia edycji tekstu Dmitrij Głuchowski jest rosyjskim pisarzem (na kanwie jego powieści powstały gry z serii Metro) – nie pozostał on milczący wobec wojny w już wczoraj przy okazji relacjonowania apelów ukraińskiego gamedevu, że napad Rosji na Ukrainę dotyka wszystkich sfer naszego życia. Nikt nie powinien milczeć w tym temacie. Inwazję na Ukrainę i wojnę skomentował również rosyjski pisarz, Dmitrij Głuchowski, autor serii Metro. To na jej podstawie powstały gry takie jak Metro Exodus czy Metro: Last Light Redux. Dodał wczoraj poruszającego tweeta ze zdjęciem ludzi stłoczonych w metrze przekształconym na bunkier. Napisał, że dzieje się tak w metrze w Kijowie i Charkowie. Dodał, że nigdy nie sądził, iż to może się stać lutego „Nowaja Gazieta” opublikowała artykuł Głuchowskiego, w którym pisze o tym, jak mało nauczyliśmy się od tych, którzy kiedyś ginęli za to, żebyśmy żyli w innych, lepszych czasach. Tekst opublikowano zarówno w języku rosyjskim, jak i ukraińskim. Pisał w nim o celowym odczłowieczaniu ludzi przed ich zniszczeniem – o wyśmiewaniu, oczernianiu, przekręcaniu wypowiedzi i odmawianiu człowieczeństwa. O tym, że z jego pokoleniem zaczynają dziać się rzeczy, które przenigdy nie miały się lutego zaś napisał dobitnie na Twitterze: „Jest to drapieżna, bratobójcza wojna prowadzona przez szalonego tyrana, nie ma dla niej żadnego usprawiedliwienia. Wstydźmy się. Przebacz nam, Ukraino”:Это хищническая братоубийственная война, которую развязал обезумевший тиран, и которой нет оправдания. Стыдно. Прости нас, Украина.— Dmitry Glukhovsky (@glukhovsky) February 24, 2022 Pisarz odzywa się na Twitterze właściwie codziennie. 24 lutego dodał zdjęcie ukraińskiej flagi i wpis wzywający do zaprzestania działań wojennych. „Żądamy natychmiastowego zaprzestania bombardowań ukraińskich miast i wycofania sił okupacyjnych z Ukrainy”:To niejedyny przykład solidarności Rosjan z Ukraińcami. Wielu rosyjskich obywateli wychodzi też na ulice, ryzykując aresztowaniami, aby, jak Głuchowski, protestować przeciwko decyzjom rosyjskich władz. A więc drodzy państwo, siadamy głęboko w fotelach, zapinamy pasy i startujemy. W rubryce „Casual Friday” czas na Andrzeja Twarowskiego, postać, której nie trzeba przedstawiać chyba nikomu w polskim futbolu. Pewnie chciałeś pogadać o Liverpoolu?Na pewno chciałem od tego zacząć. Nie masz czasem wrażenia po takich meczach, że wszystko, co miałeś zobaczyć w piłce, już zobaczyłeś?Oczywiście. Z jednej strony to cudowne – znaleźć się w takim miejscu i skomentować taki mecz. Totalny odlot. Ale nagle się kończy i przychodzą do głowy takie myśli: dobra, i co teraz? Czy to się powtórzy? Miałem kilka takich szalonych momentów. Kiedy Aguero strzelał gola w 95. minucie, nagle jedna akcja zdecydowała o losach całego sezonu i o tym, że klub odzyskał tytuł po 44 latach. Albo gol Rooneya. Powroty po takich meczach bywają trudne jak u piłkarza, który doszedł do celu, ale życie toczy się tak szybko, że za moment kolejne spotkanie, program i wracasz do rytmu. Schodzisz na ziemię i wspinasz się od początku. Trzeba szukać nowego Premier League i europejskich pucharach możesz sobie w ogóle wyznaczać jakiś cel? Czy raczej – jak u Simeone – partido a partido?Trafne określenie. Cel to dobrze zrobić mecz i program. Nie ma czasu na rozmyślanie. To młócka non stop. Na okrągło. Liga Mistrzów – trzeba obejrzeć, przygotować się, czasem pojechać. A jak jedziesz, to przeznaczasz na to dwa-cztery dni. Wracasz, jest Ekstraklasa i Premier League. Natłok olbrzymi. Czasem zwyczajnie chciałoby się odpocząć i wtedy jak z nieba spada przerwa reprezentacyjna. Gdybyśmy mieli jeszcze mecze kadry, to chyba doprowadzilibyśmy się do taki młyn?Kiedyś w takim funkcjonowałem. Telewizja. Gazeta. Teraz mam 45 lat, żonę, dzieci i czasem myślę, że coś mi przemija. Podobno nie ma człowieka, który na łożu śmierci powiedział: kurczę, żałuję, że nie zrobiłem Leicester – Bournemouth w 19. kolejce sezonu 2015/16. Raczej nachodzi refleksja, że najważniejsze są bliskie osoby. Gdy ktoś mnie pyta o największy sukces, odpowiadam: rodzina. I fakt, że potrafię to łączyć z się znużenie po tylu latach?Gdyby się nie zdarzało, to by świadczyło, że nie mam w sobie krwi tylko same kable. Co kolejkę oglądam wszystkie mecze Ekstraklasy. Gdybym tego nie robił, czułbym się nie fair wobec widza i siebie. Muszę wiedzieć, kto jak zagrał. Nie mogę walnąć jakiegoś babola przy jedenastce kolejki. Lubię bazować na swoim spojrzeniu. Czułbym się niekomfortowo, gdybym dzwonił i pytał, jak kto grał. Zwykle pierwszy sobotni mecz do połowy mi umyka, bo muszę dojechać do domu po Premier League, ale poza tym przyjmuję wszystko. Telewizor, notatki i gapienie się w ekran. Teraz tylko zapisałem się na Twittera i to się właśnie wzięło po części ze znużenia. Oglądałem jakiś – delikatnie mówiąc – mało wciągający mecz, coś musiałem zrobić z rękami i wszedłem w profil Przemka Rudzkiego. Wrzucił post, że zdobył 51 punktów w Premier League. Ja miałem 5, więc pomyślałem, że odżegnywałeś się od mediów konto „Twaro” od dawna, ale zapomniałem hasła. Dlatego założyłem „TwaroTwaro”. Jak znów zapomnę, to będzie „TwaroTwaroTwaro”. I tak w nieskończoność. Ale już wiem, że muszę się z tym obchodzić ostrożnie, bo mam tę tendencję, że gdy w coś wchodzę, to nie potrafię się odkręcić. ADHD. Kiedy ktoś do mnie napisze, czuję lekki obowiązek, żeby odpisać, ale wiem, że wszystkim się nie że założyłeś Twittera po tym, jak ostatnio zaatakował cię Hirek miałem o tym pojęcia do wczoraj. Co mogę powiedzieć? No okej, napisał, co chciał. Myślę, że jak spotka mnie na mieście, to będzie uciekał ze wzrokiem. Szansa mała, bo mieszkamy daleko od siebie. Szczerze? Po takim Hirku spodziewałbym się jednak czegoś więcej. Facet w pewnym wieku powinien złapać trochę dystansu. United w meczu z Tottenhamem grało padlinkę. To nawet zabawne, że kibic za nieudolność swojej drużyny lubi odreagować na komentatorze. Czyli dla zdrowia psychicznego widza w sumie jesteśmy potrzebni. Rozumiem, że uczucia kibica łatwo zranić, ale też nie zachowujmy się jak w piaskownicy. Żeby jednak nie było – nic wielkiego się nie stało. Chociaż jest trochę tak jak w tym dowcipie – zginął portfel, po chwili znalazł się, ale lekki niesmak pozostał. Bywam pamiętliwy, ale to dotyczy tylko kwestii zasadniczych, a to była w sumie błahostka. Zresztą nawet nie wiem, co tam Hirek powiedział czy napisał. Jego zdziwiły cię te zarzuty o stronniczość?Miałem masę takich sytuacji. Kiedyś w starej siedzibie Canalu pojawiał się kibic Liverpoolu, znany mecenas, który ciągle powtarzał, jak to on mnie lubi. Aż do meczu z United. Mascherano na boisku pożegnał się z rozumem i sędzia go wyrzucił. Powiedziałem, że Argentyńczyk zachowywał się skandalicznie i arbiter nie miał wyboru. Wtedy ten gość zaczął przysyłać różne SMS-y, których treść raczej nie nadaje się do zacytowania. Rozumiem, że można być kibicem i że piłka to emocje, ale ludzie, nie dajmy się zwariować. Kiedyś po meczu Arsenalu z United, kiedy doszło do ostrego spięcia pomiędzy Keownem z Van Nistelrooyem – można to znaleźć w internecie, Keown wyglądał jak wściekły tygrys – dostałem list. „Panie Andrzeju, kiedyś pana szanowałem, a teraz uważam, że jest pan…”. Tu pojawiła się cała litania. „Bo ja tę sytuację oceniłem tak, a nie inaczej”. Zauważyłem, że często w życiu najbardziej trzeba uważać na tych, którzy klepią cię po te reakcje kibiców są jak w sporach dotyczących PO – wymykają się pewne rzeczy spod kontroli. Ktoś powie: fajnie, że są emocje, a ja uważam, że jak najbardziej, ale też nie dajmy się zwariować. W Liverpoolu rodzisz się albo niebieski albo czerwony. Akurat nasz kumpel założył tam teraz koszulkę Evertonu, spotykaliśmy kibiców The Reds i nie czuliśmy złej energii. Nie było napięcia czy chęci użycia argumentu w postaci pięści. Raczej typowo angielskie poczucie humoru. Hasła, które cię rozbrajały. Chciałbym, żeby takie dyskusje polegały na przekomarzaniu, a nie okładaniu się po wiadomo czym. Co w tym fajnego? Jakie świadectwo wystawiasz własnemu ojcu czy matce? To samo z hejtem w sieci. Hejter to człowiek z kompleksami i jakimiś życiowymi deficytami. Czy osoba szczęśliwa, wartościowa, która do czegoś w życiu doszła, tak się zachowuje? Smutne, że brakuje zwykłego szacunku. Normalnej życzliwości. Ktoś spotka cię na ulicy i poklepie: „fajnie, fajnie”, a w internecie schowa się pod nickiem i zacznie cię obrażać do trzeciego pokolenia wstecz. Jeśli kogoś to bawi, proszę bardzo, ale ktoś, kto do czegoś w życiu doszedł, nie będzie się brał za takie widzisz. A zapowiedziałem ten wywiad jako rozmowę z człowiekiem bez ja mam hejterów! Może nie są ich całe zastępy, jednak też tego doświadczam. A może to nawet niedobrze? W końcu niektórzy mówią, że liczba wrogów jest miarą sukcesu. Przy konstruktywnej krytyce zawsze jednak zadaję sobie pytanie: „Twaro”, a może powinieneś to zrobić inaczej? Tu jest źle, to wymaga faktycznie poprawy?Miałeś do siebie pretensje po Lidze+ Extra ze Stefanem wtedy ewidentnie przesadziłem. Wierz mi, nie jestem z tego razu nastawiłeś się na rozmowę na kontrze?Generalnie uważam, że dziennikarzowi nie powinno się to przytrafiać. Bardziej mi wstyd za ten program. Wiele osób mówiło, że „fajnie, fajnie”, ale moi rodzice nie byliby ze mnie dumni. Raczej zażenowani. Kontekst był taki, że cała sytuacja mi się nie podobała. Sądziłem, że toczy się nieczysta gierka wokół stanowiska selekcjonera i pewne siły próbują umieścić kogoś ze szkodą dla drużyny narodowej. Zagrały we mnie emocje. Niepotrzebnie. Można to było załatwić w bardziej cywilizowany może właśnie trzeba było podostrzyć?Może, ale w tym przypadku poszedłem za daleko. Teraz wokół generalnie jest zatrzęsienie negatywnych, złych emocji. Każdy jedzie z każdym. Zastanawiam się, czy w programach też to trzeba robić non stop. Ktoś powie, że u nas jest za słodko? Mnie delikatna szpila wystarcza, ale wiem, że dzisiaj każdy chce, by krew tryskała we wszystkich mówisz to akurat w rozmowie z też czasem przeginacie. Co innego przedstawiać w sposób humorystyczny – jak często robicie – a co innego krytyka zbyt daleko posunięta i bardzo personalna. Trzeba czasem brać pod uwagę uczucia ludzi. Ich rodzin, dzieci. Ale nie mówię tego jako przeciwnik Weszło. Raczej nie wyobrażam sobie, żeby ktoś zajmujący się piłką nożną, nie czytał tej strony. A jeśli tak mówi, to wiadomo, że kłamie. Sam też nie jestem święty. Nieraz mnie ponosiło, choć żadna „panienka” na antenie nie poleciała. Zawsze miałem natomiast skłonność do zabawy słowem, wymyślania różnych kalamburów. Kiedyś z 18 lata temu powiedziałem podczas skrótów z Premier League, że patrząc na grę Leeds można puścić „Pawia” (przydomek Leeds). Lekko niesmaczne. Dziś to chyba byłby suchar czy coś innego – nie kumam do końca tej grubo, grubo (śmiech). Albo kiedy Nicky Butt strzelił zwycięskiego gola dla United, powiedziałem, że nie ma bata na Butta. W końcu Janusz Basałaj przyszedł do pokoju i powiedział: Synku, lądujemy. Weź się chłopie paradoks, bo tak wiele mówimy o krytyce, a ty trafiłeś do Canal+ właśnie dzięki temu, a raczej przez to, że ich krytykowałeś. To nieprawdopodobna historia, bo chyba żaden komentator nie startował w taki ja ogólnie jestem krytyczny, ale czuję się o tyle fair, że najbardziej krytyczny jestem wobec siebie. Tak analizuję swoje życie i moim ulubionym filmem powinien być „Przypadek” Kieślowskiego. Tak jest ze wszystkim! Nawet to Anfield. Przecież ja tam miałem nawet nie jechać. Miałem robić studio do LM, ale okazało się, że Marcin Rosłoń biegając zerwał więzadło w kolanie. Zadzwonił nasz wydawca, Piotrek Małkowski, najbardziej profesjonalny człowiek w telewizji na świecie, razem z Radkiem Śliwińskim, powiedział: – Twaro zmiana planów , musisz jechać do Anglii na City i to było przed meczem?Dzień. Przebukowali bilety i tak znalazłem się w Manchesterze na Lidze Mistrzów, a potem na Anfield. A wiesz, jak poznałem żonę? Był w Warszawie taki klub „Piekarnia”. Bardzo fajne miejsce. Poszedłem tam i poznałem dziewczynę, która wpadła mi w oko. Gadamy, gadamy, wychodzimy z klubu i mówię: poczekaj chwilę na mnie. A ona musiała pomyśleć: kurde, co za bezczelny facet, odpaliła auto i pojechała. Nie znałem numeru telefonu, nic o niej nie wiedziałem. Co zrobiłem? Przez następne dwa miesiące piątek-sobota chodziłem do „Piekarni”. Po dwóch miesiącach patrzę: jest Aśka. Niesamowicie się to z tym Canalem jak dokładnie było? Historia jest w miarę znana, ale opowiedz ją szczegółowo – siedziałeś przy piwie z kumplem i jechałeś po komentatorach?Siedziba była wtedy przy Kawalerii, gdzie nie było żadnej kantyny i najbliższym miejscem, w którym można było się posilić, był właśnie Garaż. Siedziałem, gadałem, a stolik obok widocznie siedziała osoba z Canalu, której nie faktycznie jechałeś równo z trawą? Bez przesady – nikogo nie obrażałem. Raczej byłem surowym recenzentem. I tak się niesamowicie złożyło, że potem siedzę w domu i dzwoni telefon.– Halo? – No cześć Andrzej. Janusz Basałaj z tej strony – znaliśmy się, bo środowisko dziennikarskie raczej się kojarzy. – Cześć Janusz, co tam? – Słyszałem, że nie podoba ci się, jak komentujemy mecze. – Hmm, am, em… A co? – Nieważne „a co”. Dotarły do mnie takie informacje. – No okej, tak powiedziałem. Nie będę z siebie robił głupka. – To jak jesteś taki mądry, chodź, sprawdzisz i pokażesz, jak to się robi – powiedział z początek, co? Tych „przypadków” w moim życiu jest więcej. Wyobraź sobie, że latem poleciałem z rodziną do Stanów. Idziemy ulicą w Nowym Jorku. Wszyscy już jesteśmy zrypani, mamy dość, ale moja żona jest taka, że jak już gdzieś lecimy, to wyciska taki wyjazd jak cytrynę, nie ma przebacz. – Chodźmy jeszcze do tego kościoła – mówi, a wszyscy już lekko konamy. Przekraczam próg kościoła, patrzę… Janusz Basałaj. Mówię: cześć, a jego mina… Nawet na mnie nie patrzy. Wzrok wbity pod kątem 45 stopni i jestem przekonany, że zastanawia się w tym kościele, czy przypadkiem nie są to jakieś zwidy. Szok krótko mówiąc. Po jakichś pięciu sekundach uzmysłowił sobie, że to realna sytuacja i odpowiedział: no cześć „Twaro”. Całe moje życie to jeden wielki zbieg wracając do tematu…Pojechaliśmy ze „Smokiem” komentować pasjonujący mecz Wisła Kraków – ŁKS bez publiczności. Listopadowa szaruga i coś tam dukałem. Ale że Janusz coś w tym zobaczył, to już nadaje się do programu „Nie do wiary”.Miałeś przekonanie, że zmarnowałeś szansę?To był dla mnie tak gigantyczny stres, że dziś nie jestem sobie w stanie wyobrazić. Ogólnie miałem trudny moment w życiu. Takie zakręty sam ze sobą. Próba podjęcia wyzwania była dla mnie tak kosztowna jak wspinanie się zimą w trampkokorkach na K2. Uznałem jednak, że muszę. Kiedy w życiu masz słabsze chwile – czego sam doświadczyłem – nie możesz się chować ani uciekać. Kiedy się schowasz, to możesz już nie z NC+ mówią , że jesteś różny. Czasem jest mi smutno, czasem łapię lekką euforię. Malkontent? Być może, ale nieszkodliwy. Umiem też cieszyć się życiem. Jak zabawa to raczej na całego. Spędziliśmy po pracy z „Wieszczem” wiele wieczorów, kiedy witaliśmy niewczesny poranek w Warszawie. Człowiek – jak każdy – potrzebuje takiego resetu, ale zdarzały mi się chwile, kiedy próbowałem sobie poukładać świat i nie było mi łatwo. Nie wstydzę się tego. To nadzieja dla osób, które mają trudny czas. Mimo wszystko trzeba walczyć, bo nie ma gór nie do zdobycia. Nie można się cię tak wytrąciło z równowagi? Pracowałeś fizycznie w Anglii, prawda?Po kolei. Byłem na rozdrożu. Skończyłem liceum i jakimś cudem zdałem maturę, a – uwierz – uczniem byłem kiepskim. W podstawówce na Stegnach potrafiłem pójść do szkoły, by w pewnym momencie powiedzieć kumplom, że zginął mi tornister, wszyscy postawieni na baczność, przeczesaliśmy wszystko, zajrzeliśmy w każdy kąt. A potem wracam do domu i on leży na biurku. Zeszyt miałem jeden do wszystkiego, a właściwie go nie miałem. Uczyłem się w dwa tygodnie, kiedy wychodziła ewidentna lufa. Taka – wiesz – trója na szynach, wejście przed obrońcę rozpaczliwym wślizgiem (śmiech). Dobry byłem z WF-u. Kapitan w gałę, siatę, kosza. Do tego tenis stołowy, biegi przełajowe po myślałeś o piłce?Byłem wytworem akademii podwórkowej. Podanie na jeden kontakt, przerzut czy drybling nie sprawia mi problemu. Niedawno wzięliśmy udział w turnieju halowym Maćka Rybusa. Niezła obsada – Widzew, drużyna Maćka, piłkarze z Ekstraklasy. W trzech meczach wsadziłem cztery sztuki i zaliczyłem dwie asysty, a nie grałem dwa lata. Czy myślałem o piłce? Kiedy graliśmy mistrzostwa dzielnicy na Agrykoli, podszedł do mnie facet i zaproponował, żebym przyszedł na treningi. Miałem 16-17 lat. Poszedłem, ale kiedy zobaczyłem, że najlepszą rozrywką w szatni było oddawanie moczu na piłkę i kopanie jej po szatni, to uznałem: Dobra „Twaro”, spadamy maturę i pojechałeś do Anglii?Nie chciałem wylądować w armii i najpierw poszedłem do szkoły o profilu: handel zagraniczny. Kompletnie się tam nie odnajdywałem. Jedyne, co mi zostało, to trochę niemieckiego. Miałem wymagającą panią i dziś kiedy przejeżdżam przez Niemcy, nie mam problemu, by złożyć proste zamówienie w knajpie, czy poradzić sobie w sklepie. Zmienił się jednak nauczyciel. Nowy nad niczym nie panował. Wszyscy wchodzili mu na głowę i gadał sam do siebie. Poczułem w tym wszystkim taką totalną beznadzieję, że w końcu z bezsilności powiedziałem mojej ówczesnej dziewczynie:– Chodź, pojedziemy do Anglii – byłem przekonany, że odpowie: oszalałeś? Jak to? Gdzie? Po co?.A ona na to: – nie mogłeś ot tak zwinąć mandżur i jechać. Musieliśmy wykupić wycieczkę do Gdańska. Tak też powiedziałem rodzicom. Prawie jak w filmie „300 mil do nieba”. Sforsowaliśmy granicę w Dover, a tam tradycyjne pytanie. Po co jedziecie? Oczywiście, że pozwiedzać. Przecież nie po to, by tam żyć. Nikogo nie znaliśmy. Pierwsza noc – nie znaleźliśmy stałego lokum, więc zostało bed and breakfast, a w kieszeni 200 funtów. Następnego dnia znaleźliśmy miejsce do spania i dostałem się do pracy. Harówa robiłeś?To było miasteczko Aislebury. Pamiętam, bo Jermaine Pennant rozbił tam później o latarnię swojego Mercedesa. Pracowałem przy remoncie dużego centrum handlowego. 2,85 funta za godzinę. 16 godzin dziennie, siedem dni w tygodniu. Wracałem o dwunastej w nocy, padałem na twarz, a o czwartej wstawałem, bo trzeba było dojechać na szóstą. Dwie godziny kimałem jeszcze w pociągu. I tak przez dwa miesiące. Non stop. Najgorzej było, gdy podjechała wielka kopara, która na łyżce miała świeży beton. Nasz majster powiedział: weźcie taczki i przewieźcie ten beton na górę. Mieliśmy na to godzinę, a panował taki skwar, że musieliśmy to zrobić jak najszybciej, bo inaczej beton by związał i byłoby po ptakach. Rozpoczęliśmy nasz etap górski Tour de France. Trzy kondygnacje ślimakiem do pokonania z taczką dociążoną po sam rant. Poza tym wyburzaliśmy ściany młotem pneumatycznym. Co najgorsze – bez maseczek. Złapałem bakteryjne zapalenie płuc i musiałem się wypisać. Potem kolega dał mi pracę na Smithfield Market, gdzie życie rozpoczyna się o 22 i handel trwa do szóstej. Bardzo to lubiłem. Kolega John „The Eagle” – bo miał nos jak orzeł – dzwoni do mnie do dziś, a minęło przecież tyle lat. Wróciłem jednak do Polski, bo dziewczyna źle się czuła w Anglii. Uczucie wtedy zająłeś się dziennikarstwem?Wiadomo jak. Przez totalny przypadek. Matka mojej dziewczyny powiedziała, żebym poszedł spróbować do „Gazety Wyborczej”. Robiłem tam małe relacje. Trzecia liga siatkówki kobiet, III liga piłki nożnej. Relacje na jeden akapit. Czułem, że są lepsi i że nie rozwinę tam skrzydeł. Miałem jednak kumpla, Ryśka Szulczyka, który pracował w biurze ogłoszeń „Expressu Wieczornego”. Nagle zaproponował, że pojedziemy na giełdę samochodową do Słomczyna i będziemy sprzedawać w PKS-ie tygodnik „Auto Biznes”. Rysiek kupił megafon, wzięliśmy dwieście sztuk i sprzedaliśmy… może dwie. Więcej było z tego obciachu, niż zysku. Rychu porządny chłop chyba miał lekkie wyrzuty sumienia wobec mnie, bo to miała być żyła złota (śmiech). No i powiedział, że pójdzie do szefa działu sportowego w „Expressu”, a nuż coś się wydarzy. Tak trafiłem do Jurka to był rok?1993. Poszedłem do Jurka i dostałem następujący temat: na boisku B-klasy niedaleko Krakowa bramkarz stracił życie w wyniku zderzenia z obrońcą. Wyskoczył i trafił go kolanem w krtań. Kiedy to usłyszałem, zamarłem. Jak mam do tego podejść? Stwierdziłem jednak, że spróbuję. Porozmawiałem z rodzicami chłopaka i napisałem to wszystko odręcznie na jakichś kartkach A4. Wtedy to ja nawet kompa nie miałem. Przepisywałem to do siódmej rano, i z duszą na ramieniu zaniosłem to do Jurka. Czyta, czyta, dochodzi do końca, wstaje i mówi: gratuluję. Szok. Tekst trafił na pierwszą stronę pod winietą „Kulis”, czyli piątkowego wydania, które wtedy miało pewnie ze 300 tysięcy nakładu. Przeszedłem tam szkołę dziennikarstwa. Jurek uczył innego spojrzenia. Żeby wyjść poza schemat przy języku i opisywaniu. Ale wcześniej… Czekaj, za dużo mówię?Co ty, zająłem się dziennikarstwem, znajomy siostry zaproponował mi pracę w firmie, która handlowała wykrywaczami metali. Totalny obłęd. Byłem tam gońcem. Jeździłem na przykład wodociągów w Puławach, by dostarczyć im część potrzebną do wykrycia usterki w sieci wodociągowej. W końcu facet, który prowadził firmę, spojrzał na mnie i stwierdził: „Andrzej, robisz postępy, chyba muszę cię zabrać na prezentację do wodociągów”. Wtedy uznałem, że czas uciekać. Pojawił się casting do działu sportowego w Radiu Zet. W komisji był obecny szef Eurosportu, Adam Widomski. Po pierwszym etapie ktoś po odsłuchaniu taśmy powiedział, że nie podoba mu się moja chrypa i wysłał mnie do lekarza foniatry. Starszego profesora przy Akademii Muzycznej. Wchodzę, otwieram usta i słucham, ile mam wad w środku. Facet oceniał głosy operowe, a tu podniebienie takie lekko skręcone, zwichnięte, generalnie cud, że w ogóle pacjent gada. Na koniec kazał przynieść prześwietlenie kręgosłupa.– Niby dlaczego? – zapytałem. – Przekona się wydać oświadczenie, czy mogę pracować na antenie, ale odmówił, bo miałem ucisk na nerw. Dramat. Głos miał mi zanikać. Na tym etapie było nas jednak dwóch i ten drugi z tego wywiadu dowie się, że wygrał właśnie ze mną. Mam zerową pamięć topograficzną. Potrafię być w jednym miejscu dziesiąty raz i wciąż nie wiem, czy pójść w prawo, czy w lewo. Ale gdy zobaczę kogoś, kto mi mignął na urlopie w samolocie piętnaście lat temu, to prawdopodobnie go zapamiętam. No i zapamiętałem. A tym gościem był Robert Sitnicki, z którym dziś pracujemy w jednej firmie. On się dostał do Radia Zet, a ja zostałem na lodzie. To było jeszcze przed moim epizodem w „Gazecie Wyborczej”.Masz chyba najbardziej absurdalne CV wśród polskich dziennikarzy możliwe. Po drodze jeszcze pojechałem zrobić reportaż z żużlowego Grand Prix do Bydgoszczy dla „Trójki”. Wszystko nagrywałem się na taśmę, kompletnie byłem zielony w radiowej robocie. Nagrałem więc dwie godziny wycia jazdy motorów. Kiedy wróciłem i Artur Kulikowski to zobaczył, tylko złapał się za głowę. Pomógł mi to zmontować, a wtedy robiło się to żyletką i sklejką. Tak go zasypałem, że znad taśmy wystawał mu tylko czubek głowy. Z tego miejsca chciałbym mu podziękować i przeprosić. Dzięki niemu zadebiutowałem w popołudniowym „Zapraszamy do Trójki”. Ważna rzecz, bo „Trójkę” kocham miłością pierwszą i w Canal+ sam jesteś „dyrektorem sportowym”.Jakiś czas temu faktycznie miałem swój udział w sprowadzaniu komentatorów i reporterów. Od początku optowałem za przejściem Krzyśka Marciniaka z Orange, co zaskoczyło wiele osób, bo wcale nie był tam numerem jeden. Wiedziałem jednak, że do nas będzie idealnie pasował. Kiedy okazało się, że Canal ma całą ligę, Jacek Okieńczyc powiedział, że potrzebujemy na szybko Basałaj miał żal?Miał. Przysłał kilka cierpkich SMS-ów, ale rozumiem go. Trudno się dziwić. Zobowiązałem się jednak, że przeprowadzę pewne rzeczy i wskażę odpowiednie osoby. Kwestia, czy same się dogadają i w ogóle będą chciały odejść. To rynek. Miałem jednak świadomość, że dla Krzyśka to może być coś fajnego. Podobnie było z Rafałem Wolskim i Przemkiem o które muszę zapytać, czyli „zapinamy pasy i startujemy”. Ostatnio o Kloppie powiedziałeś, że wytwarza tyle energii, że mógłby ogrzać 200-tysięczne miasto. Na ile przygotowujesz sobie te komentarze, a na ile to spontan?Dużo leci na spontanie. Siadanie głęboko w fotelach też nie wydarzyło się nagle. Wiedziałem, że chcę mieć coś swojego. Nigdy na nikim się nie wzorowałem. Szukałem własnej drogi. Uznałem, że potrzebuję czegoś, co odróżni jeden mecz od drugiego i da ludziom świadomość, że wydarzy się coś istotnego. Przyszły mi do głowy „pasy”. Takie hasła raz są lepsze, raz gorsze. Niektórzy uważają, że powinno się komentować bez głupich dygresji, ale ja uwielbiam zabawę dawać tytuły w „The Sun”.Chyba odnalazłbym się. Lubię pobawić się słowem. Jedna z pierwszych moich zapowiedzi na Twitterze. „Tu masz Lis na żywo” do meczu Leicester City. Zawsze tak sobie kombinowałem. Kiedy widzę nazwiska piłkarzy, czasem np. czytam je sobie wspak. Dobry jest na przykład Milik! (śmiech)Zdarzył się jakiś suchar?Jestem w tym zielony. Co to tak naprawdę jest ten suchar? Śmieszne czy żenujące?Czasem tak żenujące, że aż pewno takie że nie wiesz co to suchar, a przecież jesteś na bieżąco z językiem zapytałem córkę:– Co to jest to LOL? – Weź sobie, tata, wygoogluj.„Na propsie” też nie wiedziałem. Nawet się zastanawiałem, co to może znaczyć. „Naładowany?”. Stwierdziłem, że rozmowa z Rafałem Nahornym używając takich słów będzie miała fajną wymowę. Po prostu – żeby pozbyć się niepotrzebnego nadęcia. Nie lubię w komentarzu przesady. Patosu. Czasem to jest potrzebne, ale zdarzają się komentatorzy, którzy zalatują sztucznością na kilometr. Sorry, nie kupuję tego. Czasem trzeba dorzucić do pieca, ale potem ten płomień należy lekko zmniejszyć. To decyduje, czy nie ocierasz się jako komentator o śmieszność, bo jesteś tak napięty, że hohoho. Wtedy to niestrawne. Wiesz, z czego jestem dumny? Z Multiligi. Obsadzić tyle dobrych par komentatorskich live i tylu dobrych reporterów mając do zrobienia taką kobyłę to duża rzecz. Najbardziej mnie cieszy, gdy ktoś mówi, Multiliga? E to łatwe. A ja odpowiadam: na tym polega cała sztuka! Dopiero kiedy robisz coś dobrze, wtedy innym wydaje się to proste. Jak oglądasz narciarstwo alpejskie i widzisz gościa, który punktuje w pucharze świata, wydaje się, że to jest dziecinnie proste. Ot tak, pstryk, wkładam narty, bujnę się w lewo, prawo i wygrywam. Na tym to że wywołałeś tę multiligę. Złapaliście lekki mindfuck przy ostatnim zamieszaniu z tabelą i zasdami fair-play?Oczywiście. Skoro nawet Paweł Mogielnicki na to nie wpadł, to… już chyba nikt nie mógł. Z jednej strony totalne szaleństwo, z drugiej – super. Widać, że to żywa telewizja. Nie możesz się spiąć. Musisz uznać, że być może nigdy więcej coś takiego się nie wydarzy i potraktować to jak dar od losu. To też buduje napięcie i dramaturgię. Można puścić oko. Zastanawiać się, czy to rozumiesz, czy nie. Na tym też polega sport – nie wiesz do końca, jak się słowem ten chaos i brak profesjonalizmu bywa czasem na rękę?Chciałbym, żeby było na maksa profesjonalnie. Przeżyłem różne momenty przy Ekstraklasie. Sama afera korupcyjna. Oceniałeś coś, a po czasie dowiadujesz się, że wszyscy robili cię w bambuko. Aresztowania dotyczyły też przecież osoby, która u nas występowała. Byłem tym przerażony. Zastanawiałem się, jak ugryźć ten temat. Czy to wszystko ma sens. Kto na czymś takim jest najbardziej stratny? Kibic to oczywiste. I ten, kto sprzedaje produkt. Namów kogoś do kupna dekodera, jeżeli to, co przed chwilą się działo, okazało się jedną wielką ściemą. Trzeba podziękować chłopakom z „Wyborczej” od słynnego wywiadu z Piotrem że coś nie gra komentując jakieś spotkanie?Kiedy robiłem Ligę+ z Pawłem Zarzecznym zdarzały się śmieszne mecze, ale człowiek mógł tylko puścić oko. Przecież nie masz dowodu. Co powiesz? Oskarżysz kogoś? To nie był łatwy czas, ale dobrze, że się wydarzyło. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Przecież nie Basałaj, Zarzeczny,Laskowski, Smokowski, Twarowski reżyserowali te teraz to jest liga, która daje ci pełną satysfakcję?Myślałem, że rozwój pójdzie szybciej. Byłem przekonany, że Euro zmieni koniunkturę i stadiony będą pełne. Wygraliśmy organizacyjnie. Jestem za to wdzięczny Michałowi Listkiewiczowi, który zaniedbał wiele rzeczy – pamiętam jak u nas w studiu po aferze z sędzią Fijarczykiem powiedział, że to jedna czarna owca, a ja zapytałem, czy nie myśli, że to całe stado – ale Euro to niesamowity kop w sensie cywilizacyjnym. Kiedy oglądałem ceremonię ogłoszenia, łzy autentycznie wzruszyłem się. Nie myślałem nawet w kategoriach sportowych. Chodziło o to, że następnego dnia obudzimy się już w innej rzeczywistości. Jestem pewien, że Euro to był dla nas cywilizacyjny skok. Wszystko przyspieszyło. Często narzekamy na Polskę, a sami nie doceniamy tego, co mamy. Prawie każdy kto u nas był, jest Polską i Polakami zachwycony. Naprawdę powinniśmy być dumni z siebie i tego, co osiągnęliśmy od 1989 roku. Wracając do ligi – teraz tendencja jest wzrostowa, ale nie oszukujmy się, wiele znów zależy od Euro. Liga jest powiązana z reprezentacją. Polak kocha piłkę, ale tak jak każdy potrzebuje sukcesu by to uczucie mogło się rozwijać. Liga potrzebuje bodźca w postaci awansu do Ligi Mistrzów i np. dwóch drużyn w Lidze Europy. Mamy fantastyczne pokolenie w reprezentacji. Jestem pewien, że to zwiastun czegoś dobrego i trwałego, a nie tylko wyjątkowy zbieg prawda, że przyjaźnisz się z Lewandowskim?Znamy się, ale to zwyczajna koleżeńska relacja. Ja generalnie nie kręcę się przy kadrze. Nie dążę za wszelką cenę do koleżeńskich relacji z piłkarzami. Fajnie jest pogadać, pośmiać się, ale to chyba obu stronom w zupełności wystarcza. Moim serdecznym przyjacielem był w trakcie kariery Aco Vuković. Spotkaliśmy się – oczywiście – przypadkowo. Szedłem Agrykolą do starej siedziby Canal+ i zobaczyłem, że komuś rozkraczył się samochód. Patrzę: Vuko. Spojrzeliśmy na siebie, zaczęliśmy się śmiać i właśnie wtedy złapaliśmy super kontakt. Czasem spotykasz ludzi, z którymi wiesz, że będziesz się dobrze czuł. Aco to tak mądry człowiek i porządny gość, że czasem brak słów. Byłem u niego na weselu w Banjaluce. Niezapomniane przeżycie. 250 osób i przez całą imprezą wszyscy tańczyli. Od tego, co miał trzy lata do tego 93-letniego. I każdy znał słowa piosenek. Fenomenalne. My się czasem wstydzimy zaśpiewać „szła dzieweczka do laseczka”, a u nich wszystko swojskie, na koniec… Jeden z twoich kolegów powiedział, że jak na dziennikarza telewizyjnego jesteś wybitnie nietelewizyjny. W ogóle nie masz parcia na szkło, imprezy i wykorzystywanie popularności. Bo tego nie lubię. Trochę gardzę takim lansem. To nie jestem ja. Nie mam aspiracji salonowo-towarzyskich, a na blichtr szkoda mi czasu. Życie jest za krótkie, by marnować je na ścianki. Wiem, że to potrzebne w moim zawodzie, bo potem ktoś zrobi badania rozpoznawalności, gdzie nie wypadnę najlepiej, ale jak na faceta z kodowanej stacji i tak parę osób mnie kojarzy. Dla znajomych i tak zawsze pozostanę „Johnnym ze Stegien”. Kiedy zapytasz na Stegnach ludzi z mojego pokolenia o „Johnny’ego”, to powiedzą co to za gość. A jeśli ktoś dwadzieścia lat temu jechał na Ursynów aleją Sikorskiego i widział wariata pod żółtą sodową lampą, który ćwiczył tam technikę i zwody, to byłem ja. A dziś w tym miejscu stoi nowa siedziba Canal+. Z jej okien widzę swoją podstawówkę. Przypadek? Nie sądzę!Rozmawiał TOMASZ ĆWIĄKAŁA

kopać nie ma przebacz tekst