Kobieta świntuszyła przez cały czas co sprawiło, że moja pała stwardniała. - Ach, mamo, to się robi zbyt osobiste. Czuje się zbyt zażenowany, żeby ci Mój brat ostatnio robi chyba wszystko by zobaczyć mnie gołą. Po pierwsze stara się mnie podgladać w łazience (na szczęście przez tę kratkę na dole drzwi nic nie widać), po drugie zaczął mi zaglądać w dekolt jak mam jakiś większy, no a po trzecie No właśnie, po trzecie znalazł sobie zabawę, w której tak niby w żartach Moja mama ma nemá rada. Zeny,tazko je mi na dusi.Mam 34 rokov a roky pocitujem,ze som u mojej mami stale ta druha,ze vzdy upredsnistni moju sestru. Sestra o rok mladsia, vkuse ma nejake zivotne trable,s mamou su tak na rovnakej vlne a chlacholia si ega Ked treba nieco vybavit,som dobra.Uz som sa viackrat mame zdoverila,ze sa citim nepochopena Moja mama jest chora i nie mam pieniędzy, aby pomóc jej. Meine Mama ist krank und ich habe kein Geld, um ihr zu helfen. Moja mama śpiewała mi do snu. Meine Mami hat immer gesungen, damit ich einschlafe. Bo moja mama mi to powiedziała. Weil meine Mutter mir sagte er wär's, Moja mama prosiła mnie abym Cie to dał. Poniżej przepis, jak wykonać domowy środek czystości: Weź miskę i zalej ją wodą. Dodaj trochę alkoholu, wlej łyżkę płynu do naczyń i zamieszaj. Dodaj kilka kropli olejku eterycznego i odstaw na chwilę. Połóż ręcznik papierowy na desce i przekrój go na pół. Wyjmij papierową rolkę z obu części i włóż je do słoika. Co mam zrobić jak mama mnie bije?! Moja mama raz w tygodniu o coś nie bije, szarpie albo straszliwie krzyczy ale to tak że sama zaczynam się bać.O tych problemach wie każdy z rodziny ale tata (jest z mamą po rozwozie) nie ma swojego mieszkania tylko jest na razie u babci która mieszka daleko, babcia staje po stroni mamy bo to córeczka mamusi, a ciocia i dziadek próbują mi pomóc ale . fot. Adobe Stock, fizkes Zresztą nawet gdybyśmy się odważyli, to i tak nic by to nie dało. Mama zawsze wiedziała lepiej, mama miała rację i decydowała o wszystkim. Nawet tata z nią nie dyskutował, posłusznie podporządkowywał się temu, co zarządziła Mój najstarszy brat Jarek wyprowadził się z domu zaraz po skończeniu technikum. Wyjechał do Gdańska i tam znalazł sobie pracę. – Potrzebuję więcej powietrza – powiedział nam. – Jak się zagospodaruję, możecie do mnie przyjechać – śmiał się. Wiadomo było, że nigdzie nie pojedziemy. Obie z siostrą byłyśmy jeszcze niepełnoletnie, chodziłyśmy do szkoły i oczywiście słuchałyśmy mamy. Nie było innej możliwości. Kiedy Asia na kilka dni przed maturą ogłosiła, że jest w ciąży i zaraz po egzaminach wychodzi za mąż za prawie dziesięć lat starszego chłopaka, którego poznała na jakichś warsztatach teatralnych, w domu wybuchła bomba. Mama krzyczała na ojca, że pozwolił Asi chodzić na te warsztaty. – Myślałeś, że gwiazdą zostanie, to teraz masz! – jej głos niósł się po całym osiedlu. Tata patrzył na Asię z niedowierzaniem i powtarzał w kółko: – A studia, córeczko? Siostra milczała uparcie, jakby to w ogóle jej nie dotyczyło, a ja byłam coraz bardziej przerażona. Asia się wyprowadzi, a ja zostanę sama! Mama całkowicie skupi się na mnie i nie pozwoli mi odetchnąć. Zawsze byłam najbardziej uległa z całego rodzeństwa. Oni jeszcze chociaż próbowali się mamie sprzeciwiać, ja nigdy, zawsze robiłam tak, jak chciała. Aśka wyszła za mąż, a ja zostałam w domu. Wówczas mama stwierdziła: – Przynajmniej ty, Majusiu, zajmiesz się nauką. Żadnych chłopaków, żadnych głupot! Niech chociaż moja najmłodsza córeczka zdobędzie dobre wykształcenie i przyzwoity zawód. Najlepiej, gdybyś poszła na farmację. Mieszkaliśmy u niej, więc przychodziła, kiedy chciała Tak mnie przekonywała, że w końcu sama uwierzyłam, że to świetny pomysł, i że tego właśnie chcę. Dostałam się na tę, wymarzoną przez mamę, farmację. Studiowałam ją bez zachwytu, ale i bez większego wstrętu. Mama pilnowała moich egzaminów tak samo, jak sprawdzianów w pierwszych klasach podstawówki, nie było więc mowy o poprawkach czy warunkach. Każdy chłopak, z którym zaczynałam się spotykać, był niedobry. Jeden za mało inteligentny, inny za biedny, jeszcze inny ze złej rodziny. Zaczynałam rozumieć, dlaczego Asia przyznała się do spotkań z Robertem dopiero, gdy była w ciąży. W ten sposób postawiła mamę przed faktem dokonanym. Jak to się stało, że mama zaakceptowała Marka, do dziś nie wiem. Cieszyłam się, że wreszcie któryś z moich chłopaków jej się podoba. Myślę, że była zadowolona, bo zawsze jej przytakiwał. Pobraliśmy się dopiero, jak skończyłam studia. Chyba nie muszę dodawać, że ślub i wesele zorganizowała mama. Nawet wybrała mi suknię i welon! Rodzice oddali nam całe piętro domu. – Marek – powiedziałam wtedy do męża – myślę, że lepiej by było, gdybyśmy się wyprowadzili i zamieszkali sami. – Oszalałaś, Majka?! – mój dopiero co poślubiony mąż spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakbym zwariowała. – Niby gdzie? – dodał po chwili. – Może do mojej mamy? Mama Marka od kilku lat była wdową i mieszkała w malutkim dwupokojowym mieszkanku na ósmym piętrze wieżowca. Wiadomo, że nie było tam warunków, ale w tym momencie pomyślałam sobie, że kto wie, czy to nie byłoby dla nas lepsze. Nie powiedziałam jednak tego Markowi. – Możemy przecież coś sobie wynająć – szepnęłam tylko niepewnie. – Przestań wymyślać – machnął ręką, jakby opędzał się od natrętnej muchy. – Tu mamy komfortowe warunki. Nic już więcej nie mówiłam, a mama zarządziła remont piętra. Rodzice w prezencie ślubnym mieli za ten remont zapłacić. Marek był zachwycony, ja mniej. Czułam przez skórę, jak to będzie wyglądało. I nie pomyliłam się. Rodzice ponosili koszty, a mama podejmowała decyzje. Nawet koloru ścian nie pozwoliła nam wybrać, nie mówiąc już o meblach. Chciałam ciemne podłogi, mama natychmiast stwierdziła, że to zły pomysł, że widać będzie każdy pyłek i w kółko będę tylko sprzątać. Sto razy lepsze i praktyczniejsze będą jasne. – Ustąp jej, Majka, co ci zależy? – machał ręką Marek, kiedy szukałam u niego poparcia. Oczywiście ciemne drzwi nie pasowały do jasnych podłóg, a białe meble, jakie wymarzyłam sobie do sypialni, również zostały przez mamę skrytykowane. – Daj spokój, córcia, będziecie mieszkać jak w szpitalu. – Ale mnie się tak podoba! – No cóż, nie moja wina, że w ogóle nie masz gustu. Popłakałam się wtedy, wydawało mi się, że już prędzej porozumiałabym się z teściową. Z własną matką nie potrafiłam. Marka chyba nie bardzo to interesowało, właśnie awansował i całkowicie poświęcał się pracy. – Przesadzasz, Majka – twierdził. – Meble w sypialni to najmniejszy problem. W jakim będą kolorze? A co to za różnica? – Ale ja zawsze chciałam białe. – No to kupmy białe i koniec. Wiesz, gdybyś to z moją matką miała konflikt, wtedy mógłbym pomóc, ale to przecież twoja mama. Nie wypada, żebym się wtrącał, prawda? Właściwie to było w tym, co mówił, sporo racji, więc przestałam mu się skarżyć. Meble do sypialni kupiliśmy oczywiście takie, jak podobały się mamie. Jak zwykle stwierdziłam, że nie warto się spierać, lepiej ustąpić. Kiedy zaszłam w ciążę, okazało się, że muszę iść na zwolnienie. Siedziałam w domu i czułam się coraz mocniej osaczona przez własną matkę. Marek wychodził rano do pracy, a mama natychmiast przybiegała do nas. Uważała, że powinna się mną opiekować, żebym, nie daj Boże, nie poczuła się opuszczona. Wiedziała lepiej, co i o której powinnam jadać, jak długo spacerować, nawet jak długo spać. Troszczyła się o mnie – czy tego chciałam, czy nie – Mamo, lekarz wcale nie mówił, że muszę leżeć – próbowałam ją przekonać, że mogłabym się czymś zająć. – Co tam lekarz! – lekceważąco machała ręką. – Matka wie lepiej! Już miałam jej przypomnieć, że jak Asia była w ciąży, to zdawała maturę i Michałek urodził się zdrowy, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Mama natychmiast rozpoczęłaby całą tyradę żalów do Asi, jaka jest niewdzięczna, jak rzadko ją odwiedza i w dodatku nie chce słuchać jej dobrych rad. Jak ja tej Asi zazdrościłam! Dlaczego byłam taka uległa i nie potrafiłam się odciąć od matki? Wyprawkę dla naszego dziecka jako pierwsza zaczęła oczywiście kompletować mamusia. Nawet wtedy, gdy jeszcze nie było wiadomo, czy będzie syn, czy córka. – Mamo, bardzo cię proszę, nie kupuj nic, my wybierzemy sobie sami – powiedziałam, kiedy przyniosła ze sklepu pierwsze śpioszki. Mama tylko westchnęła. – Kiedy wy to macie zrobić? – Znajdziemy czas. – Marek taki zapracowany, a ty w ciąży. – Przecież ciąża to nie choroba. – Ale oszczędzać się trzeba. Jak zawsze rozmowa z moją mamą prowadziła donikąd. Ona i tak wiedziała wszystko najlepiej, i właściwie co bym nie powiedziała, to i tak zrobiła po swojemu. Kiedy okazało się, że urodzę córeczkę, mama zaczęła kupować różowe ubranka. Od dziecka nie cierpiałam różowego koloru, o czym bardzo dobrze wiedziała. Niestety, nie miało to dla niej znaczenia. – Ale piękna będzie nasza księżniczka! – powtarzała, rozkładając przede mną kolejne różowe śpiochy i sukieneczki. Początkowo próbowałam jej przypominać, że nie lubię tego koloru, zwracać uwagę, że ciuszki mi się nie podobają, ale po kilku uwagach, że nie mam gustu, dałam spokój. Manipulowała nawet naszą małą córeczką Córkę nazwaliśmy Kornelia. Imię wybrał Marek i, o dziwo, nie pozwolił teściowej na żadne dyskusje w tym temacie. Wyszło na to, że potrafił się jej postawić, kiedy mu na tym zależało. Chyba tylko ja jedna byłam taką uległą ofiarą. Pod koniec urlopie macierzyńskiego, a właściwie już w połowie, miałam wrażenie, że jeszcze trochę i oszaleję. Niby to ja zajmowałam się córką, ale i tak wszystko musiałam robić pod dyktando mamusi. Przecież to ona wiedziała jak karmić, kąpać i ubierać moje dziecko. Jeszcze musiałam być wdzięczna, bo przecież „niejedna by chciała mieć na każde skinienie matkę do pomocy”. Może i „niejedna by chciała”, ale ja osobiście miałam dość. Wróciłam do pracy z radością i ulgą. Jak się szybko okazało, zresztą można było się tego spodziewać, mama wychowywała naszą córeczkę po swojemu. Nic, co jej mówiliśmy, nie było ważne. Nawet jedzenie, które szykowałam i zostawiałam dla małej, było według mamy niedobre. – Kornelcia tego nie lubi – mówiła mama, kiedy pytałam, dlaczego nie dała wnuczce przygotowanej przeze mnie zupki. – Ona woli jeść to samo, co my jemy. – Ale mamo, ona jest jeszcze mała – tłumaczyłam. – Nie wszystko jej można. – Nie znacie się – odpowiadała. – Mama oczywiście zna się lepiej? – pytał spokojnie Marek. Miałam wrażenie, że i jego zaczynało denerwować zachowanie teściowej. – Naturalnie, że się znam, troje dzieci wychowałam – mamy nic nie było w stanie zbić z tropu. Była pewna własnej nieomylności. Kiedy Kornelia skończyła trzy lata, postanowiliśmy wysłać ją do przedszkola. Mama stanowczo się temu sprzeciwiła. – Chyba oszaleliście! Po co takie małe dziecko ma chodzić do przedszkola, jak może siedzieć w domu z babcią? Sądzicie, że obcy ludzie lepiej o nią zadbają? Zrywać dziecko co dzień rano, kto to widział?! – denerwowała się. – Jeszcze zdąży się do szkoły nachodzić. Ja jak zwykle nie miałam siły przebicia. Natomiast Marek, jak się okazało, potrafił postawić na swoim. – Kornelka pójdzie do przedszkola – stwierdził. – To my podejmujemy takie decyzje. Powinna mieć kontakt z innymi dziećmi. Wysłanie Kornelii do przedszkola to była jedna sprawa, a namówienie jej, aby chciała tam chodzić, zupełnie inna. Chociaż nasza córka lubiła bawić się z dziećmi, na próbę zostawienia jej w przedszkolu reagowała histerią. – Nie zostanę tu sama! – zanosiła się. – Chcę do babci. – Pani teściowa na ogół zabiera Kornelkę do domu, kiedy mała zaczyna płakać – powiedziała mi w końcu jedna z przedszkolanek. – Żartuje pani? – patrzyłam na nią zdziwiona. – Teściowa? Nic o tym nie wiem. Dziewczyna spojrzała na mnie bezradnie. – Nie chciałabym się wtrącać – zająknęła się. – Nie jestem pewna, czy to teściowa, ale tak się zachowuje, jakby nie za bardzo panią lubiła, więc tak sądzę. – Ach, to moja mama – uśmiechnęłam się gorzko. – Mówi pani, że przyprowadza Kornelię do przedszkola, a kiedy ta zaczyna płakać, od razu ją zabiera z powrotem? – Tak. Mam nawet wrażenie, że ją trochę buntuje – dokończyła dziewczyna szybko. – Jak to buntuje? – nie rozumiałam. – Żeby nie chciała chodzić do przedszkola. – Jest pani pewna? – Tak mi się wydaje. Po południu podpytałam Kornelię i wyszło na to, że przedszkolance dobrze się wydawało. Wieczorem powiedziałam o wszystkim Markowi. Byłam już kompletnie wykończona sytuacją z mamą. – Marek, wiem, że to moja matka, ale nie mam do niej siły. Wolałabym mieszkać w kawalerce niż z nią. Mąż wysłuchał mnie w milczeniu, a potem zszedł na dół. Słyszałam jego podniesiony głos, wiedziałam, że powinnam do niego zejść, że to moja matka i muszę z nią porozmawiać, ale nie miałam odwagi. Czułam przez skórę, że Marek poradzi sobie lepiej. Wrócił na górę pół godziny później – Powiedziałem mamie, że jeśli nie przestanie wtrącać się w nasze życie i buntować Kornelki, to wynajmiemy dla niej nianię. A jeśli i to nie pomoże, wyprowadzimy się. – Naprawdę tak powiedziałeś? – Tak. Mama przez kilka dni nie odzywała się do mnie. Chyba porozmawiała z Kornelką, bo mała przestała histeryzować i chętniej zostawała w przedszkolu. Pewnego wieczoru przed snem usłyszałam od córki zaskakującą prośbę: – Mamuniu, będę bardzo grzeczna, tylko nie wyprowadzajmy się od babci. Ja bardzo kocham babcię. Nie powiedziałam o tym Markowi. Bałam się, że słowa córki wywołają odwrotny efekt. Zaczęłam tylko instynktownie odsuwać się od matki i coraz częściej myśleć, że jednak wyprowadzka byłaby w naszej sytuacji najlepszym rozwiązaniem. Sama chyba byłam w jakiś sposób uzależniona od mamy, od jej decyzji i od jej stałej obecności. Bałam się, że moja mama to samo zrobi z Kornelią. Zaczęłam namawiać męża na zakup lub chociażby wynajęcie mieszkania. Oboje pracowaliśmy i gdyby odrobinę zacisnąć pasa, dałoby się to zrealizować. Dość długo trwało podjęcie decyzji, jeszcze dłużej odłożenie pieniędzy na wkład własny. Wreszcie, kiedy Kornelia szła do pierwszej klasy, a ja byłam po raz drugi w ciąży, kupiliśmy niewielkie mieszkanie. Mama zachowywała się tak, jakby była obrażona nie tylko na nas, ale na cały świat. Nic to jednak nie zmieniło. Wprowadziliśmy się do siebie, a ja po raz pierwszy odetchnęłam swobodnie. Dopiero teraz poczułam, że wcześniej wciąż byłam spięta i przez cały czas myślałam, kiedy przyjdzie mama i znowu mnie skrytykuje. Teraz też może to zrobić, ale ma trochę dalej, bo mieszkamy na drugim końcu miasta. Czytaj także:„Zdradziłam męża, bo czułam się samotna. Nawet gdy okazało się, że jestem śmiertelnie chora, on nie miał dla mnie czasu"„Ja zaharowuję się na śmierć, byleby syn miał wszystko, czego zapragnie, a ten smarkacz kradnie. Przynosi mi wstyd"„Zostawiłam Konrada, bo traktował mnie jak towar. Był ze mną tylko dlatego, bo wiedział, że go nie zdradzę” fot. Adobe Stock, etonastenka Choć to ja byłam młodszą siostrą, byłam też tą bardziej rozsądną i ogarniętą. Dorotka szalała na podwórku, potem na imprezach, nie dbając o naukę, opinię i ewentualne konsekwencje. To ja pomagałam jej w lekcjach, a potem powtarzałam, że powinna być odpowiedzialna. Mama w pewnej chwili poddała się, jeśli chodzi o Dorotę, do której zdawało się nic nie docierać. Jakimś cudem zdała maturę, mogła iść na studia, ale nie chciała. Zatrudniła się w małym sklepie spożywczym, by mieć własną kasę. No i owszem, coś tam zarabiała, ale wydawała wszystko na imprezy, ciuchy i alkohol. Jadła byle co i ledwie tyle, by przeżyć i nie wyglądać jak kościotrup. Wynajęła pokój w mieszkaniu studenckim, ponoć by uniezależnić się od mamy, ale tak naprawdę, by nie tłumaczyć się z późnych powrotów i co rusz nowych gości. Ona nie nadaje się na matkę! Ja dostałam się na obleganą stomatologię i ciężko pracowałam, żeby ukończyć te studia. Też bym poszalała od czasu do czasu, ale wiedziałam, że albo zabawa, albo zaliczone kolokwium. Albo impreza w weekend, albo nowe podręczniki. Rodzice nie spali na kasie, więc nie chciałam od nich brać więcej, niż naprawdę musiałam. Odbiję sobie, kiedy znajdę pracę. Będę chodzić do klubów, tak zachwalanych przez siostrę, pojadę na wakacje… Zrobiłam dyplom, zaczęłam pracę i rzeczywiście zaczęłam rekompensować sobie lata posuchy zabawowej. Tyle że wyjścia do klubów szybko mi się znudziły, alkohol jeszcze prędzej, bo mi szkodził, a wakacje… Okej, te smakowały najlepiej z całego zestawu. Zwłaszcza że nie jeździłam na nie sama. Na ostatnim roku związałam się z Jurkiem, który kończył wydział lekarski, i planowaliśmy wspólną przyszłość. Tymczasem Dorota na niedzielnym obiedzie ogłosiła radosną nowinę: – Jestem w ciąży. Spojrzeliśmy z rodzicami na siebie. – Nie pochwaliłaś się, że jesteś w związku – mruknęłam – i to na tyle poważnym… – Bo nie jestem. – To z kim jesteś w ciąży? Wiesz chociaż? Wzruszyła ramionami. – Boże… – szepnęła mama, a ojciec chrząknął i zadał zasadnicze pytanie: – I co teraz zamierzasz zrobić? Dorota znowu wzruszyła ramionami. – No a co mam zrobić? Urodzę. – A nie myślałaś… – Nie – przerwała mi, zanim zdążyłam cokolwiek zaproponować. Nie mogłam w to uwierzyć. Dorota – matką? Wciąż budżet jej się nie spinał i miała problemy z opłatami; sama „pożyczyłam” jej parę razy kasę na czynsz. Jak z takim podejściem wychowa dziecko? Za co je utrzyma? – Adopcja? – rzuciłam krótko, sondująco. Malutkie dzieci niemal natychmiast znajdowały rodziny, zwłaszcza jeśli miały jasną sytuację prawną. To byłaby szansa dla tego dziecka na wychowywanie się w pełnej rodzinie. Ale Dorota spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakbym zamierzała sprzedać jej dziecko handlarzom niewolników. – Jeszcze słowo, a wyjdę i nigdy nie wrócę. – Okej, milczę – uniosłam ugodowo ręce. Dorota zmieniła się nie do poznania O dziwo, Dorota od pierwszych tygodni ciąży zaczęła się zmieniać. Z dnia na dzień rzuciła palenie i odstawiła alkohol. Kawy nie dała rady się wyrzec, musiała wypić choć kubek dziennie, ale i tak wreszcie zadbała o siebie i swoje zdrowie. Choć pracowała przez cały czas, starała się nie przeciążać, dużo odpoczywała i odżywiała się właściwie. Muszę przyznać, że mi zaimponowała. Mama nadal jej nie ufała i bała się, co to będzie, jak już dziecko pojawi się na świecie. Czy mojej siostrze nie znudzi się bycie porządną i odpowiedzialną? Ale mimo tych obaw widać było, że nie może się doczekać wnuczki. A kiedy maleńka już się urodziła, Dorota okazała się naprawdę dobrą mamą. Działała instynktownie, nie bała się swojego dziecka, jak niektóre kobiety, panikujące na myśl o tym, że trzeba zmienić pieluchę albo odwrócić dziecko na brzuch. Ona robiła to wszystko naturalnie i z radością, nawet gdy była zmęczona. Czy jej zazdrościłam? Trudno powiedzieć. Gdzieś tam z tyłu głowy przewijały się myśli o powiększeniu rodziny, ale na razie nie mieliśmy na to z Jurkiem czasu. Zwyczajnie. Byliśmy na dorobku, biegaliśmy między przychodniami, gabinetami, szpitalami, rzadko widywaliśmy się w ciągu tygodnia w domu, zwykle już w łóżku, wieczorem, gdy zasypialiśmy w pół słowa. Gdzie w ten ciasny grafik wcisnąć jeszcze dziecko? Za to, gdy miałam wolną chwilę, chętnie spędzałam ją z małą Marysią. Uwielbiałam moją siostrzenicę. I podziwiałam moją starszą siostrę. Nadal była najlepszą matką na świecie. Marysia miała już ponad trzy lata, a ja nie widziałam Doroty z kieliszkiem czy papierosem w ręce. Nawet podczas świąt czy urodzin. – Muszę być zdrowa i odpowiedzialna, bo moja córka ma tylko mnie – mówiła. Zmieniła pracę. Nie siedziała już w sklepie – została sekretarką w niewielkiej firmie. Godziny pracy miała takie, że mogła odbierać dziecko ze żłobka, a potem z przedszkola. Nie imprezowała. Odmawiała starym znajomym, którzy kiedyś w dwie sekundy potrafili namówić ją do złego. Byliśmy naprawdę pod wrażeniem, gdy na dokładkę zaczęła przebąkiwała o zaocznych studiach. Chciała mieć lepsze wykształcenie, poszukać lepszej pracy i dawać dobry przykład swojej córce. – Dorotka, a może byś gdzieś wyskoczyła, co? – namawiałam ją. – Musisz czasem odetchnąć, rozerwać się, nawet zatęsknić za tym swoim skarbem… W końcu niemal siłą wypchnęliśmy ją z domu. W prezencie na urodziny kupiliśmy jej z Jurkiem dzień w spa. Masaż, zabieg na twarz, na dłonie, cuda na kiju. My w tym czasie zajmiemy się Marysią. Taki był plan. Widziałam, że Dorota miała ochotę, by skorzystać z prezentu, ale ciągle spoglądała na córkę. – Siora, weź, wyluzuj! – huknęłam na nią. – Coś ty taka świętsza od papieża się zrobiła? Przecież ci nie zagłodzę córki ani nie uprowadzę za granicę. Pobawimy się, wyjdziemy na plac zabaw. To już duża dziewczynka, ma prawie cztery lata, musisz się nią zacząć dzielić, trenować rozciąganie mentalnej pępowiny, a ja chętnie ją na te kilka godzin przytulę. No idź! Poszła. Przesłała mi zdjęcie, jak leży, przygotowana do masażu. Odpisałam jej, żeby się odprężyła i nie myślała o Marysi, która świetnie bawi się z wujkiem. Godzina, dwie, trzy, pięć… Dorota milczała, a ja byłam z niej dumna, że potrafi tyle wytrzymać i wreszcie poświęcić czas wyłącznie sobie. Ale po siedmiu godzinach zaczęłam zaglądać w telefon. Napisałam do niej, prosząc, by dała znać, jak będzie wracać. Robiło się ciemno, Marysia zasnęła u nas i nie wiedziałam, czy mam ją zatrzymać też na noc, czy Dorota po nią przyjedzie, więc mam ją wybudzać. Teraz ja się zajmę malutką Po dziesięciu godzinach, gdy było już całkiem ciemno, a Marysia spała jak suseł, zaczęłam dzwonić do Doroty. Abonent czasowo niedostępny, odpowiadał mi automat. – No to Dorotka chyba znowu poszła w tango… – mruknął Jurek, widząc, że się denerwuję. – Spuściliśmy ją ze smyczy… – Wypraszam sobie! To moja siostra, a nie jakiś pies! – zbeształam go. – Może telefon jej padł po prostu. Godzinę później zadzwoniła mama. Zapłakana. Dorota… już nie wróci. Nigdy. Została potrącona na przejściu dla pieszych. Samochód uderzył w nią z taką mocą, że zginęła na miejscu. Telefon wypadł mi z ręki. Zemdlałam. Jurek mnie docucił, ale nadal byłam oszołomiona. Nie mogłam uwierzyć… Jak to: Dorota zginęła? Niemożliwe. To jakaś pomyłka, to musi być pomyłka! Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że… Nie, nie, nie! Boże… Marysia! Co teraz będzie z Marysią?! Jak my jej to powiemy? Najgorsze, że to wszystko moja wina. Tak czuję. Wiem, że to irracjonalne, że to pirat drogowy zabił moją siostrę, a nie ja, ale… to ja ją zmusiłam, żeby wyszła z domu, żeby się zabawiła, zrelaksowała… Jak mam żyć ze świadomością, że gdybym jej tak nie namawiała, jej córeczka nadal miałaby ukochaną mamę, za którą teraz płacze całymi dniami? Wiem, bo na razie zamieszkała u nas, choć moja mama, emerytowana nauczycielka, też chciałaby się nią zająć. Ale to nie na jej wiek, nie na jej zdrowie. Oczywiście wszyscy staramy się robić, co w naszej mocy, żeby małej niczego nie brakowało, ale nie zastąpimy jej Doroty. Tego jednego nie jesteśmy w stanie zrobić, mimo całego morza miłości, jakim ją otaczamy. W przyszłym tygodniu ruszy sprawa o ustanowienie mnie i mojego męża rodziną zastępczą dla Marysi. Chcemy ją adoptować, chcemy, by została naszą córką. Postaram się być najlepszą matką dla córki mojej siostry. Obiecałam Dorocie. Obiecuję jej to za każdym razem, gdy odwiedzam ją na cmentarzu. Czytaj także:„Moja przyjaciółka okłamała urząd i… uderzyła koleżankę! Co za desperacja, a to wszystko dla faceta”„Ojciec traktował mnie jak służbę. Wszystko miało być >>na już<<. Kiedy byłam zajęta swoimi sprawami, obrażał siꔄSąsiadka z piekła rodem, nie dawała mi żyć. Zagrałam w jej grę. Ona kładła mi kłody pod nogi, to ja poszczułam ją policją” Zaczyna się właśnie sezon na pytanie o najważniejszą na świecie rzecz dotyczacą dziecka: gdzie czapeczka? Możemy sobie na ten temat pożartować i śmieszkować do woli, bo przecież nikt nie trzyma nam spluwy przy głowie. Jednym z podstawowych mechanizmów obronnych większości matek jest powiedzonko „jestem mamą, wiem co dobre dla mojego dziecka”. Serio? Bo nie zakładasz czapeczki? Wraz z urodzeniem dziecka rodzi się mnóstwo wątpliwości, strachów i przekonań. Na przykład o własnej nieomylności. Nawet reklamy z uśmiechniętymi, ociekającymi lukrem dziećmi, które mama karmi jakimś słodkim syfem mówią, że te mamy wciskają cukier w dzieciaki z miłości. Problem zaczyna się w miejscu, w którym ktoś znajduje zwłoki noworodka. Mocne? Dlaczego? Przecież mama wie, co najlepsze. Mam nadzieję, że ty też w życiu nie słyszałaś większej bzdury. Nie wiemy co jest najlepsze dla naszych dzieci, bo chociaż jesteśmy wyposażone w hormony i instynkty, nieraz brakuje w nas zdrowego rozsądku. Tak, mi też. Ten noworodek to oczywiście skrajny przykład bestialstwa, ale drobniejszych przewinień, które jako rodzice mamy na koncie, jest znacznie więcej. Nie potrzebuję twoich rad. Jakiś czas temu zapanowała moda na to, żeby nie słuchać starszego pokolenia – cioć, babć i mam, które w naturalnym odruchu próbują nam wciskać życiowe mądrości. I faktycznie często ich rady nie będą miały zastosowania w dzisiejszym świecie. Wiosną nie musisz dziecku naciągać czapki na głowę, nie będziesz miała wielkiego problemu z tym, że młode cały dzień tapla się w kałuży albo nabrudzi przy obiedzie. To jednak nie znaczy, że czasem nie mają racji. Ale… Jeszcze 30 lat temu większość rodziców dawała dzieciom klapsy. Uważali, że to najelpsze rozwiązanie przy histeriach, nieposłuszeństwie, własnym zdaniu. Jeszcze 40 lat temu operacje na dzieciach przeprowadzano bez znieczulenia. 50 lat temu w szkole bito dzieci linijką po rękach, tyłkach, stawiano do kąta i traktowano jak podludzi. Wymieniać dalej? Strefa komfortu. Dzisiejsze wychowanie to ciągły balans pomiędzy tym co słuszne, co dobre, a co w naszych głowach. Też zauważyłaś, że jakoś od roku-dwóch każdy choach zachęca do wychodzenia ze swojej strefy komfortu? Krótko mówiąc: próbuj robić rzeczy, których normalnie byś nie zrobiła. Nawet jeśli będzie to wysłuchanie tego, co ktoś ma ci do powiedzenia, bo może się okazać, że ma rację. Rodzicielstwo jest dla mnie ciągłym opuszczaniem strefy komfortu. Ba, ja w tej strefie już dawno nie byłam! Przekroczenie granicy bólu podczas porodu. Pozwalanie na rzeczy, na które nam nie pozwalano. Gryzienie się w język zamiast ciągłego ględzenia. Nie mów mi, o nie! Że zawsze masz rację. Że twoja racja jest najtwojsza, a ja postaram się trzymać język za zębami, gdy pomyślę, że moja jest najmojsza. Wiem, że nie potrzebujesz moich rad, ale gdy o jakąś prosisz – wysłuchaj. Uwierz mi, że nie zawsze masz rację. Są lepsze żarty od tego, że mama wie najlepiej. Ok, z wyjątkiem mojej. Moja najlepiej wie, że ja wszystko wiem najlepiej! Kiedy byłeś mały, mama potrafiła być irytująca. Ona wiedziała wszystko najlepiej. Mówiła Ci co masz robić, jak się ubrać i z kim nie powinieneś się zadawać. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim co mamy mówiły, kryło się wiele cennych lekcji. Oto 10 najważniejszych rzeczy, które wpajała Ci mama i miała rację. 1. „Skąd wiesz, że tego nie lubisz jak nie spróbowałeś?” Dzisiaj każdy rozsądny dorosły wie, że eksperymentowanie ubarwia życie i rozciąga strefę komfortu. Kiedy byłem mały, nie można mnie było zmusić do tego, żebym zjadł flaki. Gdzieś tam wcześniej widziałem kiedyś rozjechanego psa, któremu wypłynęły flaki i myślałem, że oni chcą mnie tym karmić. Na nic zdały się wszelkie zapewnienia, że to nie takie flaki. Dzisiaj je uwielbiam. 2. „Jakby koledzy skakali z mostu to też byś skoczył?” Zrobiłem wiele głupich rzeczy tylko dlatego, że robili je moi koledzy. Szedłem na wagary, chociaż nie miałem na to ochoty. Piłem piwo, chociaż w ogóle mi nie smakowało. Każdy z nas chciał się ubierać jak inni i mieć te same gadżety co inni. Jednak to jest miecz obosieczny, bo kiedy dostrzegasz, że podążanie za tłumem rzeczywiście nie ma sensu, to mama zmieniała zdanie i wtedy słuchałeś, że trzeba iść na studia, znaleźć pracę, ożenić się, wziąć kredyt itd. bo… przecież wszyscy tak robią. Dlatego jak chcesz zrobić coś odstającego od schematu i mama ma pretensje, to przypomnij jej, że przecież to ona Ci to wpoiła. 3. „Pieniądze nie rosną na drzewie.” No rzeczywiście nie rosną. Trzeba na nie zapracować. Im większą wartość wnosisz do społeczeństwa i im większej ilości ludzi jesteś w stanie pomóc w tym samym czasie, tym więcej zarobisz. 4. „Idź już spać, bo rano będziesz zmęczony.” Czy dzisiaj nie jest to oczywiste, że jak trzeba wstać o 5:30, to siedzenie przed komputerem do 1:00 nie jest zbyt rozsądne? 5. „To nie jest towarzystwo dla Ciebie.” Miałem różnych kolegów. Do części z nich moja mama miała zastrzeżenia. Myślałem, że ma do nich jakieś osobiste pretensje. Doskonale rozumiała, że zadając się z nimi, mogę zejść na złą drogę. 6. „Nie garb się.” Czyż to nie było wkurzające, kiedy za każdym razem, gdy siedliście do wspólnego obiadu słyszałeś „nie garb się” albo „wyprostuj się”? Dzisiaj wiesz, że osoba z wyprostowaną sylwetką jest atrakcyjniejsza. Ktoś, kto się garbi jest mniej pewny siebie i robi złe pierwsze wrażenie. 7. „Nie obchodzi mnie kto zaczął. Macie się dogadać.” Masz rodzeństwo? Jeśli tak, to wiesz jak to wygląda. „Mamo, bo ona zabrała mi klocki”, „Mamo, a on mnie bije” itd. Często ten bój przegrywają starsze dzieciaki bo wtedy słyszą: „jesteś starszy, to ustąp”. Mam starszą siostrę i nie pamiętam, żeby mama jakoś szczególnie stawała w roli rozjemcy. Zazwyczaj sami musieliśmy dojść do jakiegoś porozumienia. To uczy nas, że nie ma sensu się skarżyć i obwiniać innych. Najpierw zrób co się da, żeby szybko rozwiązać problem. Nie zachowuj się jak niedojrzały pajac biorąc drugą stronę na przeczekanie. Urządzanie zawodów w „kto pierwszy zmięknie” jest przejawem niedojrzałości. Załatw to choćby dla własnego komfortu psychicznego. 8. „Nie musi się udać, ale przynajmniej spróbuj.” Otóż to. Jazda na rowerze, kolorowanie bez wyjeżdżania za linię, lepienie z plasteliny, pływanie itd. Ty się bałeś podejść do zadania i mama zachęcała Cię właśnie tymi słowami. Chciała, żebyś się przełamał bo wiedziała, że jak zrobisz ten pierwszy krok, to będzie łatwiej. 9. „To nie koniec świata.” Zerwała z Tobą dziewczyna, z którą miałeś być do końca życia? Nie zdałeś prawa jazdy? Nie dostałeś pracy? Nie zdałeś egzaminu na wymarzone studia? Wtedy padały słowa: „To nie koniec świata”. Wtedy tego nie rozumiałeś, ale dzisiaj wiesz, jakie to prawdziwe. 10. „Zrozumiesz jak będziesz starszy.” Zrozumiałem mamo. Dziękuję. W czwartym Kosmosie dla dziewczynek „Mamy” zaproponowaliśmy przeprowadzenie przez Wasze dzieci wywiadu z mamą. Zachęcamy, by zrobić go na przykład dzisiaj, specjalny dzień – Dzień Mamy. Za oknem deszczowo, pogoda nie skłania do wychodzenia z domu. Dlatego postanowiłyśmy same zrealizować kosmiczne zadanie. Było zabawnie i wzruszająco. Serdecznie polecamy! Wyślijcie do nas wasze wywiady. Poniżej prezentujemy wywiad Mikołaja, lat 7,5, ze swoją mamą – Magdą Kaźmierczak, naszą koordynatorką działań edukacyjnych oraz Michaliny z Ewą Pietruszczak, członkinią zarządu Fundacji dla Dziewczynek, odpowiedzialną za obszary marketingu i komunikacji. Wywiad Mikołaja z mamą, Magdaleną Kaźmierczak, koordynatorką działań edukacyjnych Fundacji Mikołaj (7 i pół lat): Mamo opowiedz mi o sobie – nie-mamie. Co lubiłaś przed moim urodzeniem, a czego nie lubiłaś najbardziej na świecie? Magda Kaźmierczak: Najbardziej na świecie, zresztą tak jak i teraz, lubiłam pisać, czytać, tańczyć i śpiewać. Strasznie nie lubiłam lekcji WF-u. Nie lubiłam grać w koszykówkę i nie lubiłam robić zakupów. Co było dla Ciebie ważne zanim zostałaś mamą? – Moi przyjaciele. Ważna była nauka, zdobywanie wiedzy, czytanie – tak jak mówiłam, różne rzeczy związane ze sztuką i najbliższa rodzina. Gdybyś mnie mogła zabrać w miejsce, które zrobiło na Tobie największe wrażenie zanim się urodziłem, gdzie byśmy wylądowali? – Myślę, że wylądowalibyśmy w dwóch miejscach, w których byłam zanim się urodziłeś. Jedno to byłaby Grecja, różne miejsca w Grecji, ale przede wszystkim Kreta – taka piękna wyspa, na której jest bardzo ciepło, gdzie są piękne kwiaty i można jeść rybki samodzielnie złowione w morzu. Jest w ogóle bardzo pięknie i mieszkają cudowni, ciepli ludzie. A drugie miejsce to również ciepły kraj – Hiszpania, okolice Barcelony, które na pewno by Ci się spodobały. Tam jest mnóstwo ludzi, jest kolorowo, rozbrzmiewa piękna muzyka, są piękne światła i palmy. Jak wyglądał świat, gdy byłaś małą dziewczynką? – Nie było wielu rzeczy, które teraz są normalne. Nie było telefonów komórkowych. My z moją mamą miałyśmy telefon stacjonarny dopiero wtedy, gdy ja już byłam dorosła. Wcześniej chodziło się na przykład dzwonić od kogoś, od sąsiadów. Był taki telefon na kabelek, z tarczą – taki, jaki jest jeszcze u babci Krysi – z takim kręconym kabelkiem. Nie było gier komputerowych… to znaczy były, ale nie takie powszechne. Ja nie miałam swojego komputera bardzo długo. W telewizji były tylko kanały, jakie były dostępne dla wszystkich, takie trzy państwowe kanały i oglądało się to, co leciało. Nie było takich kanałów jak dziś, że włączasz sobie bajkę, którą chcesz i o godzinie o której chcesz. Co było takiego fajnego… Dużo więcej czasu spędzało się na podwórku z dziećmi. Skakało się w gumę – to była taka fajna gra. Wtedy to była jedna z nielicznych rozrywek, które były dostępne i ja to uwielbiałam i bardzo dużo na tej gumie skakałam. W co lubiłaś się bawić w moim wieku? – Na to już trochę odpowiedziałam. Lubiłam bardzo skakać w gumę, bawić się klockami lego, choć nie miałam ich wcale dużo. Miałam tylko dwa zestawy, jeden mały drugi bardzo duży. Bardzo lubiłam czytać, rozwiązywać różne łamigłówki, krzyżówki dla dzieci, rebusy. Lubiłam z koleżankami bawić się na podwórku, lepić z gliny wykopywanej z ziemi. Opowiedz jakąś śmieszną historyjkę z czasów gdy chodziłaś do szkoły. To jest historia związana z moją mamą. To było w trzeciej klasie. Pani powiedziała, że przyjdzie do nas studentka, która będzie nas obserwowała. Nikt nas nie wiedział kto to będzie. Byliśmy wszyscy bardzo zaciekawieni. Tak się złożyło, że któregoś kolejnego dnia moja mama przyszła do mnie do szkoły. Wyglądała bardzo ładnie, była bardzo miła. Jedna z moich koleżanek wtedy wykrzyknęła: „To jest chyba ta studentka!”. Moja mama, gdy jej to opowiedziałam, to się tak ucieszyła, że ktoś pomyślał, że jest ciągle taka młoda. Co okazało się dla Ciebie największą frajdą, gdy pojawiłem się w twoim życiu, a co najbardziej Cię zaskoczyło? – Największą frajdą było patrzeć jak rośniesz i jak robisz nowe super rzeczy, jak się zmieniasz z dnia na dzień. Jak na przykład jednego dnia się jeszcze nie uśmiechałeś, a drugiego już tak. Albo jednego dnia nie chodziłeś, a następnego dnia nagle tak. I to było cudowne i nadal jest, patrzeć jak uczysz się nowych rzeczy, coraz więcej umiesz. I to, że jest się tak blisko w kontakcie z drugim człowiekiem non stop, tak bardzo, bardzo blisko. I to, że tak zawsze mi ufałeś – to było najpiękniejsze dla mnie. A, co mnie zaskoczyło… Że się tak mało śpi, gdy ma się dzieci i że dzieci budzą się w nocy tak strasznie często. Ale to nie jest jakiś wielki problem. Po prostu przywykłam do tego. Jakie jest twoje najpiękniejsze wspomnienie z czasów, gdy zostałaś już mamą? – Chyba sam poród był takim niesamowitym przeżyciem, jak się rodzi pierwsze dziecko. Gdy zobaczyłam Ciebie, gdy pani położna położyła Ciebie na moim brzuchu, powiedziałam „Jaki on piękny”. Tego się nie da opisać, co się czuje, gdy się widzi swoje dzieciątko. Co najbardziej lubisz robić dla siebie? – Nadal są to te rzeczy, które lubiłam robić przed twoim urodzeniem… Lubię pisać, czytać, tańczyć i śpiewać. Bardzo lubię nadal spotykać się z przyjaciółmi. A jedną z rzeczy, które lubię robić, to spędzanie czasu z Wami. To też jest dla mnie fajne. Z czego jesteś dumna? – No wiadomo że z Was, moich dzieci. Jestem też dumna z moich ostatnich osiągnięć, a w szczególności z przetłumaczonej książki. Z tego jestem najbardziej dumna. Ale największe ‘dumy’ jeszcze przede mną – wasze osiągnięcia i kolejne sukcesy w moim rozwoju. Gdyby się okazało, że masz super moce i możesz zrobić wszystko, to co byś zrobiła? – Jak bym miała taką super moc, to bym sprawiła, by wszyscy ludzie na świecie byli zdrowi. Zaadoptowałabym wszystkie dzieci, które nie mają domu i kochających rodziców. Wybudowałabym dla nich ogromny dom i nasza rodzina by się nimi opiekowała, tak żeby już żadne dziecko nigdy nie płakało. Dobra to już koniec wywiadu. Wywiad Michaliny (lat 8) z mamą, Ewą Pietruszczak, członkiną zarządu Fundacji, odpowiedzialną za obszary marketingu i komunikacji Michalina: Z czego jesteś dumna? Ewa Pietruszczak: To jest trudne pytanie. Jestem dumna z siebie, z tego, co zrobiłam. Jestem bardzo dumna z moich dzieci, jestem dumna z „Kosmosu dla Dziewczynek”. A teraz bardzo, bardzo trudne pytanie… Gdyby okazało się, że masz super moce i i możesz zrobić wszystko, to co byś zrobiła? – Zrobiłabym tak, żeby nikt nie szedł głodny spać na całej Ziemi i żeby nikt nie szedł spać w strachu. By wszyscy ludzie uwierzyli, że mają taką moc, że mogą sobie poradzić ze wszystkimi problemami, jeśli tylko będą rozmawiać ze sobą. I kupiłabym Ci pięć aparatów fotograficznych. Albo nie, zbudowałabym fabrykę aparatów i razem byśmy myślały nad tym, jaki aparat teraz chcemy mieć. Każdego tygodnia mogłybyśmy doskonalić inny aparat fotograficzny. …za złotówkę – Może być za złotówkę i takie, jakie byśmy chciały. A ci, którzy pracują w fabryce, tak jak ci, którzy pracują w Kosmosie – bo gdy przynosisz Kosmos do domu to nie muszę za niego płacić. – No właśnie, jak byśmy miały swoją fabrykę, musiałybyśmy być odpowiedzialne za to, że ona musi funkcjonować. Gdybym miała super moc to uporządkowałabym całą naszą planetę. Sprawiłabym, że zniknęłyby wszystkie śmieci. Lasy, które wyrąbaliśmy, by pojawiły się z powrotem. Nie byłoby worków plastikowych w oceanach i by powietrze było czyste. A teraz pytanie – co okazało się dla Ciebie największą frajdą, gdy pojawiłem się w twoim życiu, a co najbardziej Cię zaskoczyło? – Największą frajdą było to, że się pojawiłaś i że się pojawiłaś zdrowa i szczęśliwa, taka piękna, spokojna i mądra. Zaskoczył mnie bardzo twój spokój i to, że byłaś takim spokojnym, zadowolonym dzieckiem. Nawet byłam z Tobą u lekarza i poskarżyłam się: „Ta dziewczyna w ogóle nie płacze, czy wszystko jest z nią w porządku?”. Zachwyciło mnie to, że robiłaś wszystko w swoim tempie. Jak rosłaś, ja zaczęłam budować swoją firmę. To, że tak rosłaś i się rozwijałaś dawało mi bardzo dużo siły, nadziei i odwagi, że moja firma też się tak będzie rozwijała w swoim tempie i w dobrym kierunku. Mówię o „Elementach”, wtedy jeszcze nie było „Kosmosu”. W co lubiłaś się bawić, gdy byłaś w moim wieku? – Miałam taką jabłonkę. Mieszkałam w domu poniemieckim, wokoło rosły stare drzewa i była taka piękna jabłonka, na którą łatwo się było wspinać. Ona miała taką gałąź, na której można było się opierać. Nazywałam ją „baza”. Wchodziłam na „bazę”, czyli wdrapywałam się na tę jabłonkę, która była przy płocie sąsiada. Siedziałam tam ukryta i obserwowałam. A miałaś lornetkę? – Nie, nie miałam. Ale bardzo lubiłam tam długo siedzieć. Lubiłam też robić takie widoczki. Brało się kawałek szkła, trzeba było zrobić tak, by piasek był gładziutki. Robiło się układankę z kwiatków, listków. To się przykrywało szkłem i dzięki temu nic się nie ruszało. To się przysypywało potem piaskiem. To była zabawa w odkrycia – miałaś takie odkrycia archeologiczne. Widzisz, że jest trochę szkła, poruszasz piaskiem i pojawia ci się taki piękny obrazek, jakaś kompozycja z kwiatów. To było strasznie fajne. Tych obrazków było dużo na całym podwórku. No to dziękuję za wywiad i to już koniec – Bardzo dziękuję za wywiad, buziaczki, papa i pipi.

co moja mama robi najlepiej